Cicho otworzył oszklone drzwi i przypatrzył się lepiej. Biuro składało się z jednego obszernego pomieszczenia, podzielonego na dwie części drewnianą barierką, na której osadzono wielką, opatrzoną okienkiem szybę. Za barierką stały cztery puste biurka. Mariastella Cosentino siedziała na swoim zwykłym miejscu za okienkiem, bardzo blada, ale opanowana i spokojna. Z jednej części biura do drugiej przechodziło się przez drewniane drzwiczki zamocowane w barierce.

Napastnik – bo jak go nazwać, Montalbano sam nie wiedział – stał właśnie w otwartych drzwiczkach, ponieważ w ten sposób mógł mieć na muszce zarówno urzędniczkę, jak i trzech policjantów. Był to ogólnie szanowany mierniczy Salvatore Garzullo, osiemdziesięciolatek, którego komisarz od razu poznał. W ręku trzymał rewolwer najwyraźniej z czasów Buffalo Billa i Siuksów. Pod wpływem nerwowego napięcia, a także z powodu dość już zaawansowanej choroby Alzheimera, ręka mocno mu się trzęsła; kiedy kierował broń na jednego z funkcjonariuszy, wszyscy trzej wykonywali unik, nie wiedząc, którego z nich kula mogłaby ewentualnie dosięgnąć.

– Oddajcie mi pieniądze, które mi ukradł ten skurwysyn. Jeśli nie, to zabiję urzędniczkę!

Mierniczy wykrzykiwał te same zdania od ponad godziny, nie zmieniając w nich ani jednego słowa. Był teraz całkiem wyczerpany, ochrypł, wydawało się, że nie tyle mówi, ile płucze sobie gardło.

Montalbano zdecydowanie zrobił trzy kroki do przodu, wysunął się przed swoich łudzi i z szerokim uśmiechem wyciągnął do starego rękę.

– Drogi panie mierniczy! Miło mi pana spotkać! Jak się pan miewa?

– Dziękuję, nieźle – odpowiedział zaskoczony Garzullo.

Widząc jednak, że komisarz chce zrobić jeszcze jeden krok w jego stronę, błyskawicznie się opanował.

– Nie ruszać się, bo strzelam!

– Panie komisarzu, na miłość boską, proszę się nie narażać – odezwała się głośno panna Cosentino. – Jeżeli ktoś ma się poświęcić dla księgowego Gargano, niech to będę ja. Jestem gotowa.



8 из 141