
Natchniona wiarą w uczciwość księgowego, Mariastella co rano otwierała biuro i oczekiwała na powrót ukochanego. W miasteczku wszyscy się z niej śmiali. Oczywiście ci wszyscy, którzy nie mieli depozytów u Gargana, bo tym innym, którzy stracili przez niego pieniądze, nie było wcale do śmiechu. Wczoraj Montalbano dowiedział się od Galla, że panna Cosentino poszła do banku i z własnej kieszeni zapłaciła czynsz za lokal agencji. Co też mogło przyjść do z głowy grożącemu jej teraz rewolwerem, że przyczepił się właśnie do niej, biedaczki, która z tą całą aferą nie miała w ogóle nic wspólnego? A ponadto dlaczego wierzyciel wpadł na ów wspaniały pomysł tak późno, prawie miesiąc po zniknięciu księgowego, gdy ofiary Gargana właściwie pogodziły się już z losem? Montalbano należał do tych, którzy uważali, że księgowy uciekł, wystawiając wszystkich do wiatru; Mariastelli było mu żal. Kiedy przechodził przed agencją i widział ją siedzącą grzecznie za szybą okienka, za każdym razem ściskało mu się serce i nie mógł potem wyzbyć się tego uczucia aż do końca dnia.
Przed biurem „Króla Midasa" zebrało się około trzydziestu osób w stanie wielkiego podniecenia, rozprawiających żywo i wymachujących rękami. Utrzymywane były w pewnym oddaleniu od wejścia przez trzech policjantów miejskich. Komisarz został natychmiast rozpoznany, otoczono go ze wszech stron.
– To prawda, że w biurze jest ktoś z bronią?
– Co to za jeden? Co to za jeden?
Utorował sobie drogę, przepychając się i krzycząc; udało mu się wreszcie stanąć na progu drzwi wejściowych. Zatrzymał się tam nieco zdziwiony. Wewnątrz znajdowali się – rozpoznał ich od tyłu – Mimi Augello, Fazio i Galluzzo, wykonujący rodzaj osobliwego baletu: pochylali się raz w prawo, raz w lewo, robili krok do przodu, potem krok do tyłu.
