
Skręciłam w lewo i wjechałam na pas Sherbrooke prowadzący na zachód. Ulżyło mi, kiedy nie zauważyłam żadnych dziennikarzy. W Montrealu spotkanie z prasą jest podwójnie uciążliwe, bo gazety i programy telewizyjne ukazują się po francusku i angielsku. Wystarczy, że jestem napastowana w jednym języku, żeby zachowywać się niezbyt elegancko, a kiedy atakuje się mnie na dwóch frontach, potrafię być naprawdę obcesowa.
LaManche miał rację. Byłam tutaj zeszłego lata. Pamiętałam tamtą sprawę – kości wykopano podczas naprawy wodociągu. Własność kościelna. Stary cmentarz. Pochówek w trumnach. Zostawić archeologom. Sprawa zamknięta. Jak dobrze pójdzie, dzisiejszy raport niczym się nie będzie różnił.
Kiedy wcisnęłam się moją mazdą przed ciężarówkę i zaparkowałam, trzech mężczyzn przestało rozmawiać i spojrzeli w moją stronę. Gdy wysiadałam z samochodu, policjant zawahał się, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym ruszył w moją stronę. Nie uśmiechał się. Było piętnaście po czwartej i na pewno jego zmiana już się skończyła i nie powinno go tu być. Hm, mnie też nie.
– Będzie pani musiała pojechać dalej. Tu nie wolno parkować.
Kiedy mówił, gestykulował rękoma, wskazując kierunek, gdzie powinnam pojechać. Wyobraziłam sobie, jak tym samym gestem wyjmuje muchy z sałatki ziemniaczanej.
– Jestem doktor Brennan – wyjaśniłam, zatrzaskując drzwi samochodu. – Z Laboratoire de Medecine Legale.
– To panią przysłał koroner? – Powiedział to takim tonem, że przy nim głos przesłuchującego oficera KGB brzmiałby umie.
– Tak. Jestem anthropologiste judiciaire. – Mówiłam powoli, jak nauczyciel w drugiej klasie podstawówki. – Zajmuję się ekshumacjami i szkieletami. Rozumiem, że wasze znalezisko podpada pod obie te kategorie?
