
Podałam mu moją legitymację. Na małym, mosiężnym prostokącie nad kieszenią jego koszuli widniał napis: Konstabl Groulx.
Spojrzał na zdjęcie, a potem na mnie. Mój wygląd chyba go nie przekonał. Miałam zamiar przez cały dzień pracować nad rekonstrukcją czaszki, więc ubrałam się roboczo – w wytarte, brązowe dżinsy, bawełnianą koszulę i tenisówki, rękawy podwinęłam do łokcia i nie miałam skarpetek. Większość moich włosów była spięta u góry, ale reszta, przegrywając walkę z grawitacją, opadała mi na twarz i szyję. Twarz usiana była zaschniętymi plamkami kleju. Musiałam wyglądać bardziej na matkę w średnim wieku, która przerwała pracę przy tapetowaniu mieszkania, niż na antropologa sądowego.
Długo przyglądał się mojej legitymacji, po czym oddał mi ją bez słowa komentarza. Wyraźnie nie tego się spodziewał.
– Widział pan szczątki? – spytałam.
– Nie. Ja tylko zabezpieczam teren. – Wskazał ręką na dwóch mężczyzn, którzy przerwali rozmowę i przypatrywali się nam. – To oni to znaleźli. Ja o tym zameldowałem. Zaprowadzą panią.
Zastanawiałam się, czy konstabl Groulx potrafiłby sklecić zdanie złożone. Kolejnym gestem ponownie wskazał na robotników.
– Będę miał oko na pani samochód.
Pokiwałam głową, ale on już się odwracał. Pracownicy Hydro w milczeniu patrzyli, jak się do nich zbliżam. Obaj mieli na głowach grube okulary przeciwsłoneczne i kiedy któryś z nich ruszył głową, w szkłach odbijało się światło popołudniowego słońca. Obaj mieli też identycznie zakrzywione wąsy w kształcie odwróconej litery U.
Ten stojący z lewej wyglądał na starszego. Był szczupłym, smagłym mężczyzną o spojrzeniu teriera. Rozglądał się nerwowo dokoła, co chwilę przenosił wzrok z jednej rzeczy na drugą, z jednego człowieka na drugiego, jak pszczoła to nurkująca, to wysuwająca się z kwiatu pęonii. Raz po raz świdrował mnie oczyma, ale już po chwili je odwracał, jakby się obawiał, że kontakt wzrokowy może go skłonić do zrobienia rzeczy, których później będzie żałował. Przestępował z nogi na nogę i raz po raz prostował się i znowu garbił.
