I do tego bez swojego bezpośredniego zwierzchnika, z którym właśnie zaczynał trwale współpracować, podinspektora Roberta Górskiego, który wcale nie jak policjant, tylko jak zwyczajny, normalny człowiek udał się właśnie w podróż urlopową, do czego miał pełne prawo. W dodatku nie do Warny, nie nad Balaton, a w podróż wędrowną, i nie w Bieszczady ani na Mazury, tylko gdzieś w Europę. Dzięki czemu stal się całkowicie niedostępny nawet przez komórkę, bo bardzo się starał przebywać w rejonach pozbawionych zasięgu. Co komisarz Wólnicki w pełni mógł zrozumieć, ale lekkich obaw i niepokoju tak od razu pozbyć się nie zdołał.

Jednakże ujrzał nagle przed sobą okazję i nieprzyjemne uczucia mocno mu przybladły. Sam…! Górski wróci za dziesięć dni, na te dziesięć dni nikomu innemu go nie przydzielą, sam poprowadzi dochodzenie. Nigdy dotychczas w takiej sprawie nie był sam, zawsze podlegał komuś wyższemu rangą i doświadczeniem, ma pierwszą w życiu szansę pokazania, co potrafi! I pokaże…!

Ambicja wystrzeliła. Z rumieńcem emocji rozpoczął przesłuchanie wstępne w kuchni, gdzie znalazł jedynego świadka, a możliwe, że nawet lepiej, podejrzaną.

– Kim pani jest i co pani… – zaczął łagodnie, chociaż urzędowo, i ugryzł się w język. O mało nie dołożył dalszego ciągu: „…tu robi?", a uczono go wszak, że nie wolno walić na świadka, szczególnie podejrzanego, lawiny pytań, tylko dozować ściśle, po kawałku. O dokumenty poprosić. Ci z radiowozu coś tam do niego bąknęli, ale z przejęcia zlekceważył, no nic, teraz błąd naprawi. Poprzestał na urwanym pytaniu.

Rozhisteryzowana baba uspokoiła się już trochę. Płakała, co prawda wytrwale, ale takie robiła wrażenie, jakby więcej w niej było wściekłości niż żalu. Przytomności umysłu okazała więcej niż Wólnicki.



19 из 298