
– Ziarniak Gabriela jestem. A tam mój brat leży.
Wólnickiemu przypomniało się nagle, że nazwisko denata właśnie od mundurowych usłyszał i brzmiało inaczej. Nie zdążył się skompromitować przedwczesnymi podejrzeniami, bo baba mówiła dalej.
– Ziarniak to z męża, a z domu Krzewiec. Wdowa.
Mirosław Krzewiec to mój brat, dowód mogę panu pokazać, ale w torbie mam, a torba tam została, koło telefonu, tu mnie wygonili i nie puszczają, a mówiłam, żeby oddali, to nie. A tam imiona rodziców i cała reszta, pan śledczy może sam zobaczyć, a ja tę zbrodniarkę widziałam, tu jeszcze stała, w moich oczach, żmija taka i suka, kurwa zwyczajna, teraz już każdy wprost mówi, co ja mam w bawełnę owijać, szantrapa i zdzira wredna, niech ją syf i malaria, i ten ejdes porazi, niech będzie przeklęta…!
Komisarz zorientował się, że litania potrwa długo, bo świadek, w pierwszej chwili rzeczowy i opanowany na bazie zaciśniętych zębów, teraz zaczynał się rozpędzać, podnosząc głos do krzyku, nie czekał, zatem na całość, zareagował ostro, urzędowo i niegrzecznie. Odwrócił się, uczynił dwa kroki i stanął w drzwiach tyłem do baby.
– Torba świadka z dokumentami – rzucił w przestrzeń przed siebie. – Koło telefonu.
Krzyk za jego plecami przycichł. Fotograf pstryknął dodatkowo i podał mu torbę bez namysłu, bo niczego innego podobnego do damskiej torebki w okolicy! nie było, a odciski palców zostały już zdjęte. Wólnicki wrócił do kuchni, przysunął sobie krzesło i usiadł, wręczając torbę właścicielce. I już po krótkiej chwili dostał cały plik dokumentów.
No tak. Gabriela Anna Ziarniak, nazwisko panieńskie Krzewiec, córka Jana i Bożeny, data urodzenia, adres… Nie był pewien, czyjego odczucia są słuszne, ale gwałtownie zapragnął wejrzeć równocześnie w dokumenty ofiary. Doskonale wiedział,! że to nastąpi na końcu, najpierw fotograf, potem technicy, daktyloskop, potem lekarz, wreszcie dojdą do marynarki denata, gdzie zapewne znajdzie się portfel, chwilowo niedostępny z przyczyn ściśle technicznych. Też dobrze, nie ma pożaru, na razie świadek.
