
Do domu dotarłam późnym popołudniem w niedzielę, wybrawszy chwilę bardzo starannie i rozsądnie. Nikt w dzień świąteczny nie pracował ani nie studiował, z wyjątkiem Tadzia, który, niestety, miał dyżur na lotnisku. Reszta, czyli Małgosia, jej mąż Witek, Julita i pan Ryszard, czekali na mnie, nie zdradzając żadnych przejawów zniecierpliwienia.
Skład ekipy miał swój głęboki sens. Pan Ryszard pilnował kwestii budowlanych, Tadzio telewizyjnych i telefonicznych, Witek alarmowych, elektrycznych i klimatyzacyjnych, Julita ogrodniczo-służbowych, a Małgosia sprawowała nadzór ogólny. Wszelkie decyzje podjęłam wprawdzie przed wyjazdem, pozostawiając tylko szczegóły do wykończenia, ale te szczegóły były nieopisanie uciążliwe i wściekle nieznośne. Miałam cichą nadzieję, że ich uniknę.
Wjechałam za bramę, bagażami zajęła się część męska. Część żeńska usiadła przy stole, z przyjemnością próbując przywiezionego z Francji wina. Także serów, camembert i brie, które niestety należało wyjadać łyżką bezpośrednio z opakowań, ponieważ w czasie podróży rozmazały się doszczętnie.
Sięgnęłam po papierosy i w poszukiwaniu zapalniczki na oślep poklepałam stół. Nie doklepałam się, obrzuciłam, zatem stół wzrokiem.
– Gdzie zapalniczka? – spytałam bez żadnych złych przeczuć.
Małgosia i Julita popatrzyły również.
– Nie ma? – zdziwiła się Julita. – Przecież była?
– Ale nie ma. Chyba, że ja źle widzę.
– Tu stała – powiedziała Małgosia, wskazując palcem puste miejsce. – Dopiero, co.
Wszystkie trzy zajrzałyśmy pod stół, obmacując zawaloną czasopismami półeczkę. Podniosłam się i obejrzałam bufet, stół jadalny i regał przy ścianie. Zapalniczki nigdzie nie było.
– Witek, brałeś stąd zapalniczkę? – wrzasnęła Małgosia w kierunku pracowni.
– Panie Ryszardzie, nie widział pan gdzieś tej stołowej zapalniczki? – zawołałam równocześnie w kierunku przedpokoju.
