
Witek i pan Ryszard pozbyli się już ciężarów i z różnych stron weszli do salonu. Żaden z nich nie palił.
– Jaką zapalniczkę? – spytał Witek.
– Widziałem ją na stole – odparł pan Ryszard. -Zdaje mi się, że zawsze tu stała?
– Stała, zgadza się. Ale nie stoi.
– Może w kuchni…?
Julita zerwała się z fotela i ruszyła w obchód mieszkania. Małgosia popędziła na górę. Znalazłam komórkę i zadzwoniłam do pani Heni, która od lat pracowicie likwidowała produkowany przeze mnie śmietnik.
– Pani Heniu, czy pani przestawiała gdzieś tę ciemną, stołową zapalniczkę…
– Już w piątek jej nie było – powiedziała pani Henia stanowczo. – Wiem, bo sprzątałam na stole. Ale ja jej nie ruszałam. I w ogóle nie widziałam jej nigdzie, miałam pani o tym pojutrze powiedzieć.
Zadzwoniłam do Tadzia.
– Tadziu, widziałeś gdzieś tę dużą, stołową zapalniczkę…?
– A, to już pani jest… Widziałem ją milion razy. Zawsze stała na stole. A co…?
– Nie stoi. Nie ma jej. Wiesz coś o tym?
– Nic. Zaraz, chyba wiem. W czwartek nie stała. Akurat nad programem tam siedziałem i chciałem sobie przypalić, a tu chała. Nie wiem, gdzie się mogła podziać.
Pięć osób przystąpiło do gruntownego przeszukiwania całego domu, bo wszyscy wiedzieli, jak mi na tej zapalniczce zależy. Pochodziła z Danii, z czasów, kiedy palenie było bardziej rozpowszechnione i stanowiła pierwszy prezent, jaki dostałam w życiu nie od najbliższej rodziny, tylko od osób obcych. Takiej samej, a nawet podobnej nie można już było później nigdzie kupić, co stwierdziłam osobiście w różnych krajach Europy, chociaż w tamtych nagannych czasach ozdobnych przyrządów do zapalania istniało zatrzęsienie. Lubiłam ją. Wolałabym, żeby mi zginął telewizor. Albo, na przykład, sedes.
– Czy to możliwe, żeby ją ktoś ukradł? – spytała Julita niedowierzająco, kiedy już sprawdziliśmy wszystkie miejsca, większe od paczki papierosów. – Albo schował złośliwie?
