– Jak wyglądała ta osoba w kącie? Zna ją pani? Potrafi ją pani opisać?

– Znać, to nie znam, pierwszy raz szantrapę widziałam, ale opisać mogę. Czerwona była strasznie.

– W jakim sensie czerwona? Na twarzy?

– Gdzie tam na twarzy, za twarz to się trzymała, o, tak – tu nastąpiła demonstracja, dłonie Gabrieli zakryły całe jej oblicze. – W ogóle była czerwona, żakiet chyba miała czy co, a włosy czarne. Taka z tych, co to się za nią każdy chłop obejrzy. Młoda.

Część nadziei komisarza zwiędła w zaraniu, bo już widział, że na portret pamięciowy nie ma, co liczyć. Zasłoniętej twarzy Gabriela trafnie opisać nie zdoła, może chociaż te widoczne fragmenty…

– Jakie miała oczy? Dostrzegła pani?

– A pewnie. Wytrzeszczone.

– Ale dokładniej, jakie? Niebieskie, czarne?

– Jak te wszystkie zdziry, wymalowane. A tak, to nie wiem. Świecące.

– A ręce?

– Co ręce?

– Ręce jakie? Pierścionki może miała albo obrączkę?

– Ręce jak ręce. O, pazury czerwone, ale nie bardzo długie, zaraz… takie średnie. I chyba pierścionek miała, a możliwe, że dwa, ale nie wiem, jakie. Też chyba czerwone. A włosy wcale nie kudłate, gładkie, jak to teraz moda. Ale długie czy krótkie, to już nie wiem.

– A ten potwór, co wpadł? Jak wyglądał?

– Wielki okropnie, ale na wygląd nijaki – orzekła Gabriela stanowczo. – Nic takiego do zapamiętania nie miał. Strasznie zwyczajny, a nawet mu się przypatrzeć nie zdążyłam, bo akurat te sznurki mnie oplatały. A on wleciał, za rękę ją złapał i wywlókł.

– I to jest wszystko, co pani widziała?

– No, tak się szastnął jakoś i już go nie było. I tyle.

– Czyli przyszła pani jak zwykle, z zakupami, weszła, zobaczyła brata…

– Ale! – przypomniała sobie nagle Gabriela. – Samochód stał jak wchodziłam, jak raz przed furtką. Tu wszyscy tak stają, żeby furtek nie zastawiać, brat; też, kawałek dalej swojego postawił, a ten stał, że jakby, kto z domu leciał, to prosto na niego. I wnosić coś albo wynosić, całkiem niemożliwe. Aż popatrzyłam na niego, ale co mnie obchodzi, jakby stał dłużej, tobym co powiedziała.



29 из 298