
– Żeby tak całkiem nad nim, to nie. Tak w kącie, blisko drzwi, przy ścianie. Nawet jej w pierwszej chwili nie zobaczyłam, tylko Mireczka…
Świadkinię nieco zadławiło, chwyciła szklankę, gwałtownie chlupnęła sobie łyk herbaty, herbata była gorąca, to ją zatchnęło jeszcze bardziej, zerwała się, poratowała zimną wodą z kranu, od czego Wólnickiego dreszcze przeszły, bo zamigotały mu w pamięci ostrzeżenia, żeby tą wodą z kranu nawet zębów nie myć, zwłaszcza dzieciom, w popłochu pomyślał, że to chyba nie działa piorunująco, trupem mu ta baba pod nogami nie padnie, nic już na ten samobójczy wyskok nie mógł poradzić, patrzył tylko bezradnie, a świadkini wróciła na swoje miejsce przy stole żywa i na razie zdrowa.
– Myślałam, że coś mu się stało – ciągnęła, chrypiąc lekko, wpatrzona gdzieś w dal. – Upadł może nieszczęśliwie, nie wiem, co było, ratować chciałam, głowa, widzę, rozbita, Boże mój… Poderwałam się i widzę tę morderczynię, stoi, oczy wytrzeszcza ścierwo jedno, aż mi się coś zrobiło, no nie wiem, jakieś takie… Jakbym spętana była. A ona stoi…
– Już nie stoi. Co było dalej? Wyszła? Uciekła?
– A tam, wyszła! Potwór jakiś wpadł i ją wyciągnął, tak wpadł jak ta trąba powietrzna, a ja ciągle w czymś… Trzymało mnie. Teraz już wiem, tam są przewody elektryczne, zaplątałam się, jak dzwoni- łam, to zobaczyłam, kłębowisko takie. Na policję! od razu…
Podejrzenia komisarza wzrosły, a zarazem się za- chybotały. Zaraz. Spętana, zaplątana… Od spętania człowiek się mokry nie robi, chyba, że całkiem gdzie indziej, nie tak jak ona, od frontu. Jakby ktoś na nią chlusnął w lany poniedziałek. No nic, o tym za chwilę, nie wyschnie przecież w dziesięć minut, kontynuujmy…
– A nie do pogotowia?
– Akurat, do pogotowia! – prychnęła gniewnie Gabriela. – Na pogotowie to do usranej śmierci można czekać, a i to jeszcze po drodze człowieka zabiją, jak te w Łodzi. Policja prędzej przyjeżdża i ja to wiem, że doktora ze sobą mają.
