
Niemal pod wszystkimi względami ten dwunasty dzień czerwca był identyczny z każdym innym dwunastym dniem czerwca. Z jednym wszak zastrzeżeniem. Zaszły trzy, całkowicie ze sobą nie powiązane zdarzenia, które miały doprowadzić do tragicznego przecięcia się losów trzech wplątanych w nie osób.
Godzina 11.36, Deadhorse, Alaska
– Hej! Dick! Tutaj! – zawołał Ron Halverton. Machał szaleńczo, aby zwrócić na siebie uwagę swego byłego współlokatora. Nie odważył się wysiąść z jeepa w całym tym bałaganie wywołanym odprawą na małym lotnisku. Poranny 737 z Anchorage dopiero co wylądował. Służby ochronne bardzo zwracały uwagę na pojazdy pozostawione bez opieki w rejonie lądowiska. Na turystów i personel techniczny zajmujący się tankowaniem czekały autobusy i minibusy.
Usłyszawszy swoje imię i rozpoznawszy Rona, Dick machnął ręką i zaczął się przepychać przez piekielny tłum.
Ron obserwował zbliżającego się Dicka. Nie widział go od roku, odkąd ukończyli college, ale Dick wydawał się taki jak zawsze: obraz normalności w koszuli od Ralpha Laurena, wiatrówce i dżinsach, z małym plecakiem przerzuconym przez ramię. Jednak Ron znał prawdziwego Dicka: ambitnego mikrobiologa, który w samolocie lecącym z Atlanty na Alaskę nie myślał o niczym, pochłonięty nadzieją odkrycia nowej bakterii. Oto facet zakochany w bakteriach i wirusach. Kolekcjonował je, tak jak inni kolekcjonują karty z baseballistami. Ron uśmiechnął się i pokręcił głową na wspomnienie pełnych bakterii naczyń laboratoryjnych, które Dick przechowywał w ich lodówce na uniwersytecie w Colorado.
Kiedy Ron poznał Dicka na pierwszym roku, stracił sporo czasu, zanim się do niego przyzwyczaił. Chociaż bez cienia wątpliwości był oddanym przyjacielem, zdarzały mu się szczególne i niemożliwe do przewidzenia zachowania. Z jednej strony był zapalonym graczem drużyn uniwersyteckich i kimś, kogo chciałoby się mieć u boku, zbłądziwszy w niewłaściwej dzielnicy miasta, ale z drugiej strony na pierwszym roku nie mógł się zdobyć na wykonanie w laboratorium sekcji żaby.
