
Na wspomnienie innej, niespodziewanej i zawstydzającej sytuacji, w której znalazł się Dick, Ron ledwo zdusił w sobie śmiech. Wydarzyło się to na drugim roku, gdy cała grupa jadąc na weekend na narty, wcisnęła się do jednego samochodu.
Auto prowadził Dick i przypadkowo przejechał królika. Wybuchnął płaczem. Nikt nie wiedział, jak zareagować. W efekcie zaczęto gadać za jego plecami, szczególnie wtedy, kiedy stało się powszechnie wiadome, że w akademiku wyłapuje karaluchy i wyrzuca je na zewnątrz, zamiast rozdeptywać i spuszczać z wodą w toalecie, jak czynili to wszyscy pozostali mieszkańcy.
Dick wrzucił swój niewielki bagaż na tylne siedzenie, zanim uścisnął wyciągniętą dłoń Rona.
Uściskali się z radością.
– Nie do wiary – Ron odezwał się pierwszy. – Ty tutaj! W krainie lodów.
– Takiej okazji nie przepuściłbym za nic na świecie – odparł Dick. – Naprawdę mnie wzięło. Jak daleko stąd do osiedla Eskimosów?
Ron obejrzał się nerwowo przez ramię. Zauważył paru ludzi z ochrony. Odwracając się ponownie w stronę Dicka, zniżył głos.
– Opanuj się – mruknął. – Mówiłem przecież, że ludzie są na tym punkcie wrażliwi.
– Och, daj spokój. Chyba nie mówisz poważnie? – odpowiedział Dick drwiącym tonem.
– Śmiertelnie poważnie – stwierdził Ron. – Mogą mnie wylać za to, że nie potrafiłem być dyskretny. Żadnej zabawy. Albo zrobimy to raz dwa, albo nie zrobimy w ogóle. A ty nie masz prawa nikomu o tym pisnąć! Nigdy! Tak obiecałeś!
– Dobrze, już dobrze – łagodził Dick, uśmiechając się, by uspokoić przyjaciela. – Masz rację. Obiecałem. Po prostu nie sądziłem, że to taka poważna historia.
– To niezwykle poważna historia – twardo podkreślił Ron. Doszedł do wniosku, że chyba popełnił błąd, zapraszając Dicka, mimo iż spotkanie z nim zawsze obiecywało niezłą zabawę.
– Ty tu jesteś szefem – uznał Dick, uderzając Rona przyjacielsko w ramię. – Usta zamykam na kłódkę, a klucz wyrzucam za siebie. Rozchmurz się i wyluzuj. – Wśliznął się do jeepa. – No, ale teraz wyrywajmy stąd i sprawdźmy to niezwykłe odkrycie.
