
– Ryzyk fizyk i niech to jasny szlag trafi – powiedział półgłosem sam do siebie i podjął męską decyzję.
Zostawił drzwi zamknięte tylko na klamkę i runął w dół po niewygodnych schodach, cudem zapewne nie łamiąc sobie rąk i nóg. Dopadł wozu, załatwił, co należało, po czym prawie w tym samym tempie wrócił na górę. Usiadł na ostatnim stopniu i odzyskiwał dech.
Drzwi naprzeciwko tamtego mieszkania uchyliły się i wyjrzała z nich damska głowa, elegancko ufryzowana. Wiośnianą młodość miała za sobą bezpowrotnie. Popatrzyła podejrzliwie, cofnęła się i znów wyjrzała.
– A pan tu co? – spytała nieżyczliwie. – Do kogo? Podporucznik Jarzębski nie wyglądał ani na pijaka, ani na bandziora, ani na chuligana. Był młody, przystojny i przyzwoicie ubrany, nic nasuwał skojarzeń z dewastacją klatki schodowej, ale na złodzieja nadawał się pierwszorzędnie. Nic mógł dopuścić, żeby baba narobiła krzyku, a równocześnie pomyślał, że jednostka wścibska, mieszkająca naprzeciwko, z wizjerem w drzwiach, może okazać się bezcenna.
– Już do nikogo – powiedział smętnie i żałośnie. – Skręciłem kostkę, odczekam chwilę, może mi przejdzie. Niewygodne te schody u państwa.
– Obraza boska takie schody – przyświadczyła głowa w kunsztownych lokach, ale nieufności się nic pozbyła. – Dopiero co pan wchodził i już pan tę kostkę skręcił? Nic słychać nie było.
– Opsnąłem się na drugim stopniu i od razu usiadłem. Rzeczywiście bez hałasu, bo mam buty na gumie. Nic takiego, rozmasuję sobie…
– A mnie się zdawało, że pan całkiem zeszedł i wszedł znowu?
Wścibskość baby napełniła Jarzębskiego podziwem. Zarazem ucieszył się, nie było pewne, czy z ekipą śledczą zechce się dzielić swoją wiedzą równie ochoczo, a po tej krótkiej pogawędce już się jej wyprzeć nie zdoła. On sam jest świadkiem, że oka od wizjera nie odrywa.
