Wyjechał z kraju na zawsze, zdążywszy się przedtem wygłupić. W jednej czwartej był Francuzem, jego francuska babka do końca życia nie nauczyła się po polsku, Paweł od urodzenia był dwujęzyczny. Miał silne francuskie ciągoty, czemu, zważywszy panujący wówczas ustrój, trudno się dziwić. Tam był człowiekiem, tu niezauważalnym fragmentem masy, ubezwłasnowolnionym i pozbawionym wszelkich praw. Dekoratorem był świetnym, dorównywałam mu i niekiedy nawet okazywałam się lepsza wyłącznie w zestawieniach kolorystycznych, co do reszty, mogło mnie wcale nie być. Chciał pracować swobodnie, z rozmachem i bez ograniczeń, opuścił zatem demokrację, pożal się Boże, ludową i padł w objęcia kapitalizmu, ze skutkiem zgoła wystrzałowym.

Zanim to jednak nastąpiło, wykonał numer dość ryzykowny. Może nawet bardzo ryzykowny.

Pieniędzy mieliśmy wówczas tyle, co kot napłakał, on trochę więcej niż ja, ale też mało. Nie chciał wyjeżdżać o zebranym chlebie i nocować pod mostem, zagryzając nędzę resztkami suchej kiełbasy z porzuconej Ojczyzny. Człowiekiem chciał się poczuć od razu.

– Aśka – powiedział i on jeden na świecie tak mnie nazywał. – Trzymaj za mnie palce, rzuć jakie uroki albo wykombinuj inną czarną magię. Cholernie mi potrzebna pomoc sił nadprzyrodzonych.

– Cóżeś, na litość boską, uczynił? – zaniepokoiłam się.

– Zawarłem zakład. Będę miał z tego jedno z trojga, pięć tysięcy zielonych, ładne parę lat pierdla, górna granica dwadzieścia pięć, ewentualnie rentę inwalidzką. Załatw, żeby wyszło to pierwsze.

– I co to ma być takiego? – spytałam surowo.



21 из 223