
Paweł powiadomił mnie teraz w paryskiej knajpie, iż wejście do kazamatów otwierał skomplikowany mechanizm zarówno od strony altanki, jak i od strony domu. W domu, rzecz jasna, w piwnicy. Spytał, co się tam teraz mieści.
– A cholera wie – odparłam z irytacją. – Ostatnio byłam tam dwa lata temu. Wyrzucili z salonu siano i buraki i zrobili coś, jakby urząd gminny czy inną zarazę. Może teraz jest przedszkole albo mieszka tam dostojnik. Skąd w ogóle wiesz o tym?
– O czym? O dworze dziadka?
– Nie wygłupiaj się. O melinie.
– Idiotyzm popełniłem, ale totalnym kretynem nie jestem – powiedział spokojnie. – Zanim wyjechałem, postarałem się o jakieś rozeznanie. Do przedawnienia brakuje mi jeszcze ośmiu lat i wolałbym w tym czasie nie podpaść. Kontaktu z krajem nie straciłem tak całkiem, podejrzewam, że zajmuje się tym jeden facet, duża menda i gnój na świeczniku. W koprodukcji z innymi władzami chroni producentów i kolporterów, bo, nie przesadzajmy, nie wszystko się robi tam na miejscu, trochę importują. Uważaj na grubsze nominały własne, też to sobie lubili podrobić, ale już beze mnie. Ja wyglądam o tyle źle, że mój obrazek okazał się najlepszy, miło mi, że jestem taki utalentowany, ale na reklamie w tym wypadku wcale mi nie zależy. Gdyby ci się cokolwiek udało, byłoby nieźle, ale nie przejmuj się, jak nie, to nie.
Melancholijnie pomyślałam, że gdyby nie Mikołaj i gdyby nie ta żona Pawła, zakochałabym się w nim na nowo.
Przyobiecałam trzymać rękę na pulsie, pojechałam obejrzeć La Defense i perypetie z wyłażeniem z metra pod kołowrotem, bo legalnej drogi nie znalazłam, trochę wybiły mi z głowy imię komplikacje.
