
Zeszłam na dół. Od torby odpadała mi już ręka. Znalazłam ladę z człowiekiem.
– Akurat mija dwa lata, jak te boksy są nieczynne – powiadomił mnie z politowaniem. – Nie używa się ich.
Przez moment zastanawiałam się, gdzie jestem, we własnym kraju, czy w jakimś obcym, którego języka nie rozumiem. Treść informacji sprawiła, że jednak przychyliłam się do przekonania o własnym.
– Nie rozumiem, co pan mówi – powiedziałam nieżyczliwie. -Jak to, nie używa się? Dlaczego?!
– Bo z żetonami jakoś nie umieli nadążyć, ceny się za prędko zmieniały i wszystko im się pokręciło.
– Bzdura! – zaprotestowałam z energią. -Żetony mogły zostać te same, a płacić za nie można było nawet codziennie drożej. Czy to kosztuje dwa złote, czy milion, wygląda i działa tak samo.
Człowiek za ladą wzruszył ramionami.
– Wie pani, ja o tym nie decyduję – zwrócił mi uwagę. – Możliwe, że były inne komplikacje, włamywali się różni, nie sposób było dopilnować, albo może one się psuły. To na hasło było. Więc stoją nieczynne.
– Rozumiem – zgodziłam się po chwili, zdławionym głosem. – Bezrobocie u nas polega na tym, że nie ma ludzi do roboty i nie można było znaleźć mechanika do napraw. A na innych dworcach? Wschodni, Zachodni…? Jak tam jest?
– Całkiem tak samo.
Ręce mi opadły, z jednej wyleciała torba i rąbnęła o podłogę. Co, u diabła, miałam zrobić w tej sytuacji? Mikołaj prawdopodobnie oglądał dworzec trzy lata temu i stan aktualny nie przyszedł mu do głowy, tak samo jak mnie. Gdzie i w jaki sposób miałam się pozbyć ciężkiej zarazy, która nie nadawała się w najmniejszym stopniu do pozostawienia w przechowalni? Nie była w niczym podobnym do walizki, zamknąć się nijak nie pozwalała…
