
Automat telefoniczny znajdował się nawet dość blisko, ale nie miałam żetonów. Człowiek za ladą, anioł chyba albo co najmniej święty, zgodził się za pięć tysięcy popilnować przez chwilę mojego pakunku nieoficjalnie i odstąpił mi jeden własny żeton.
Z Mikołajem albo nie łączyło mnie wcale, albo nie podnosił słuchawki. Po czternastej próbie zrezygnowałam, bo mógł wyłączyć telefon, było to do niego podobne. Postarałam się opanować doznania wewnętrzne i pomyśleć samodzielnie.
Chciał pozbyć się tego przedmiotu z domu na jakiś czas. Pomysł boksów bagażowych miał sens, kluczyk… jaki kluczyk, one były na hasło! W porządku, okazałoby się, że kluczyka nie ma i podałabym mu hasło, dzięki czemu mógłby robić, co zechce. Odpada. Ale zasadniczy punkt programu został wypełniony, pakunku w domu nie ma, mam go ja, ściśle biorąc, facet za ladą. Wepchnął cholerną torbę gdzieś pod spód, pewnie ma tam miejsce na prywatne prace zlecone. Kontynuując wypełnianie polecenia, powinnam to teraz umieścić gdzieś bezpiecznie w taki sposób, żeby Mikołajowi było dostępne beze mnie, bez komplikacji i kiedy sobie zażyczy. Gdzie to ma być, o nagła krew…?
Rozmyślałam, wsparta o ścianę obok lady. Święty Franciszek wydawał bagaż jakiemuś człowiekowi. Człowiek wziął dwie walizki, pozazdrościłam mu, że ma walizki, oddalił się, podeszło dwóch innych, młodych, jeden piastował dużą pakę owiniętą w brezentową płachtę i obwiązaną sznurkiem, grubym i sztywnym, prawie liną. Uczulona na rodzaj pakunków, przyglądałam mu się z uwagą. Paka była okręcona tym wszystkim bardzo niedbale, róg brezentu wlókł się po ziemi. Zaciekawiło mnie, czy ten przechowywacz bagażowy to weźmie.
