
Zdążyłam pomyśleć, co by było, gdyby miał na sobie zbroję, ale nie miał. Walnięcie przyhamowało mnie z miejsca, a facet nagle usiadł na podłodze. Torba wypadła mu z ręki, chwyciłam ją bez namysłu.
Dorosła kobieta, w wieku zbliżonym do średniego, skutecznie i w publicznym miejscu grzmocąca bykiem młodego faceta, stanowi zapewne widok rzadki, nawet w obecnych czasach, bo wszystkich uczestników zajścia na moment jakby unieruchomiło. Kątem oka dostrzegłam, że zbliżają się jakieś nowe osoby, jedna z nich wydała mi się policjantem, ale nie ryzykowałam sprawdzania. Uginając się pod obrzydliwym ciężarem, spłynęłam w tempie, które mnie samą napełniło podziwem.
Ostatni raz byłam na dworcu Centralnym przeszło dziesięć lat wcześniej. Zdążyłam zapomnieć, jak on w ogóle wygląda, pamiętałam za to, że poruszanie się wokół niego górą kosztowało mnie niegdyś 200 złotych mandatu. Już sama wysokość sumy wskazuje na upływ czasu, ale zakodowało się we mnie przekonanie, że słuszniej jest poruszać się dołem. Nie spadłam ze schodów i nie wybiłam szyby w wyjściu na aleje Jerozolimskie, co wydawało się cudem, nie rozwaliłam też żadnego stoiska z kwiatami i oscypkami, co było chyba cudem jeszcze większym. Chciałam zejść z oczu przeciwnikom i wrócić do samochodu, ale nie miałam kiedy się opamiętać. Trafiły mi się jakieś schody w górę, wbrew przekonaniom i zamiarom zużytkowałam te schody i ujrzałam przystanek autobusowy, z którego ruszało 175. Zdążyłam do środka w ostatniej sekundzie.
Upiorne brzemię położyłam na podłodze, przydepnęłam nogą i wyglądając przez tylną szybę, zaczęłam zbierać myśli. Co, na litość boską, zdołało mi się przytrafić i co ja w ogóle robię? Miałam się pozbyć tej torby i dostarczyć Mikołajowi wiadomość o niej, tymczasem jadę autobusem na lotnisko, razem z bagażem, od którego w żaden sposób nie umiem się odczepić, samochód na parkingu, a za mną zapewne podąża pogoń…
