– Powiem wszystko – rzekła zdecydowanie. – Pierwsza rzecz, to ja patrzyłam, bo on mnie specjalnie o to prosił. Pan Mikołaj, znaczy. Kto się kręci, kto puka, jak go nie ma, albo co. No to patrzyłam. Raz tu jedni wytrychem grzebali, to wygoniłam, w zeszłym roku jeszcze. A dzisiaj, z godzinę temu, no, z półtorej może, ta dziwa była, poznałam ją. Po trzech latach się tej wietrznej ospie przypomniało.

Kapitan zainteresował się wietrzną ospą i z naciskiem poprosił o szczegóły.

– Ona z nim żyła – rzekła baba, znów przez zęby, głosem jak trucizna. – Przychodziła wtenczas, rzadko dosyć, więcej on do niej chodził. Żona, mówił, taka tam żona, na kwit z pralni. Od trzech lat jej nie było, a dziś się pokazała, w ortalionie była zielonym, otworzył jej, weszła, posiedziała i poszła precz. A leciała jak do pożaru. Poszłam do okna, do samochodu wsiadła i już jej nie było.

– Do jakiego samochodu?

– Nie wiem. Nie znam się. Nie fiat, nie polonez i nie mercedes, a co więcej, to nie rozróżniam. Szary taki. Oni się rozeszli, rzucił ją, to ja zgadłam, i teraz się zemściła.

– Zna pani jej nazwisko?

– Nie. Nigdy nie powiedział. Ani nawet imienia.

– Jak wyglądała?

– A jak wydra, wypłosz taki, łeb rozczochrany, blondynka. Prawdziwa, nie tleniona, ja się znam na tym. Chuda dosyć, a młodą to tylko udaje, trzydzieści pięć ma jak obszył. Na wzrost trochę mniejsza ode mnie, z pół głowy będzie.

Baba była jak piec, przeszło metr siedemdziesiąt, z dobrą piętnastką nadwagi. Kapitan wziął stosowną poprawkę, ale i tak informacje o wietrznej ospie wydawały się skąpe. Pomyślał, że może znajdą wśród papierów przynajmniej imię i telefon, a może nawet adres.

– Nie wie pani, gdzie mieszkała?

– Blisko chyba, gdzieś na górnym Mokotowie, ale dokładnie nie wiem. Ona tu była ostatnia, a przed nią pan Mikołaj był, żywy, bo serek mu przyniosłam ze sklepu i wziął ode mnie we drzwiach. Nic mu nie było.



6 из 223