
– Adres – podpowiedział niezbyt pewnie kapitan. – 46, mieszkania 16.
– Zmam? – zdziwił się podporucznik. – Jest taka ulica?
– Sprawdzimy w spisie. Pod te numery trzeba zadzwonić. Coś wam jeszcze wyszło z tego szukania?
Podporucznik Jarzębski siedział nad notesem i coraz bardziej zieleniał na twarzy.
– Wyszło – powiedział jadowicie. – Gromadził wszystko, z wyjątkiem tego, co mnie jest potrzebne. Mam tu notes, rany Boga żywego!
Notes mógł być uważany za notes wyłącznie z racji zapisków. Składał się z kawałka czegoś razem i setek luźnych kartek, nie mających żadnego porządku alfabetycznego. Ściśle biorąc, nie mających żadnego porządku. Znajdowała się na nich olbrzymia ilość nazwisk, numerów, adresów i notatek dla pamięci, w rodzaju: babcia, szkło, 72/42, Jar. sob. 17, M. Oko i tym podobnych. Komputer by się w tym zgubił.
– Słuchajcie, czy jesteście pewni, że to nie była jego torebka? – spytał delikatnie podporucznik Werbel. – Może ona i damska, ale jakoś mi te rzeczy pasują do siebie.
– Puderniczki by chyba nie nosił? – powiedział kapitan z powątpiewaniem.
– Ale szminki tam nie ma. I kredki do oczu. One to miewają zazwyczaj przy sobie…
– Przestań mącić, to był normalny facet! – zdenerwował się podporucznik Jarzębski. – Za kobietę się nie przebierał, ludzie, metr osiemdziesiąt wzrostu i bary jak u zapaśnika! Mowy nie ma!
– Ty o nim coś wiesz? – zainteresował się kapitan.
– Wiem, nawet dużo. Kiedyś pracował w MSW, ale od piętnastu lat był na rencie. Stuknęli go i został mu uraz kręgosłupa, a także skłonność do węszenia. Węszył, gdzie popadło i ostatnio zajmował się fałszowaniem Rejmontów. Możliwe zresztą, że już wcześniej siedział w studolarówkach, ale ja o nim wiem od niedawna. Taka Zosia Samosia to była, lubił wiedzieć i nikomu nie powiedzieć, sztuka dla sztuki. Ale jak z nim gadałem przez telefon, dał do zrozumienia, że może co wyjawi. No i macie, już mi wyjawił.
