
Odtąd stało się tradycją, że z Krain Wewnętrznego Morza zbiegali się do Traganki wszelkiego rodzaju wyrzutkowie, mordercy, bratobójcy i bluźniercy, by spróbować sił w walce z dri deonemem. Wedle Twardokęska wszyscy leźli jako kuropatwy w sieć, bowiem chętnych do pojedynku było wielu i zwycięzca nie cieszył się łaską bogini dłużej niż pół tuzina lat. A Szylkretowymi Wyspami po staremu kapłani trzęśli.
Norhemne wyraźnie nigdy o tym nie słyszał.
– Chuderlawy ten dzikus jako paździorko – mruknął strażnik.
– Nie chuderlawy, a żylasty – poprawił go drugi. – Oni tylko wyglądają tak niepozornie, ale straszne to rzeźniki, zajadłe.
Potem dri deoneme przemówił i wszyscy zaczęli się powoli uciszać.
– Radem ci bardzo, norhemne. Zawdy łacniej dzikiego niźli swojaka zaszlachtować – zarechotał oblubieniec bogini.
– Szukam kogoś – rzekł norhemne. – Mężczyzny, wojownika. Zwą go Eweinren.
– Mnie szukasz! – żachnął się urażony dri deoneme. – Wszyscy mnie szukacie!
Przybysz bez słowa potrząsnął głową.
– Tedy – dri deoneme splunął na wyschnięty pył gościńca – trza ci było, norhemne, we własnym chlewie w spokojności leżeć, a nie w miasto iść. Bo w mieściech, norhemne, ludzie złe a niegodziwe – dodał, wyciągając długi oburęczny szarszun.
Skrzydłoń zasyczał wściekle. Zakończone czarnymi miotełkami uszy położył po sobie, wyprężył się, szyję w przód wyciągnął, aż się ludzie poczęli cofać z przestrachem.
– Udobne żywiszcze! – mlasnął stojący obok Twardo – kęska nosiwoda.
– Nie będę z tobą walczyć – powiedział dziki. – Nie znam cię, człowieku.
W tłumie odezwały się pogardliwe okrzyki. Ktoś cisnął na środek placu obgryzioną skórkę dyni.
– Też mi rzeźnik… – zarechotał strażnik.
Nie dokończył jednak, bo dri deoneme z wrzaskiem runął na przybysza. Wszyscy wyciągnęli szyje, by nie uronić ani chwili z mającego nastąpić widowiska.
