
Mierosz powiódł ich do niewielkiego rosarium, gdzie czekała uczta przygotowana dla poprzedniego dri deonema. Łucznicy skromnie przycupnęli w cieniu okalającego ogród muru. Twardokęsek zaś niepostrzeżenie dopadł baraniego udźca i wbił zęby w mięsiwo.
– Chciałbym zobaczyć waszą twarz – poprosił Mierosz. – I poznać imię, jeśli łaska.
– Po cóż wam moje imię?
– Bo zostaliście właśnie naznaczeni łaską bogini – oschle powiedział kapłan. – Przed zmierzchem pójdziecie się jej pokłonić.
W odpowiedzi barbarzyńca sięgnął po flaszkę wina. Kapłan posiniał na twarzy.
– Nie rozumiesz, prostaku?! – wrzasnął wysokim głosem trzebieńca. – To nie twój rodzinny chlew! To Traganka, siedziba Fei Flisyon! I albo do niej pójdziesz, albo zaraz każę cię naszpikować strzałami!
Prawdę na straganach gadali, pomyślał Twardokęsek, że kapłani pod świątynią niewolników trzymają, dobrze wyćwiczonych w rzeźnickim rzemiośle. I jak się który dri deoneme za bardzo rozbestwi, to mu cichaczem łeb ścinają. Nie, pójść to on do Zaraźnicy niechybnie pójdzie, nie dopuściliby kapłani, by jej podobną zniewagę uczynił. Inna rzecz, czy potem za ową hardość czegoś mu kapłani do jadła nie dosypią.
– Nie uraduje mój widok waszej pani – rzekł na koniec barbarzyńca i powoli odsunął zawój.
