
– Nie ociągaj się, Twardokęsek! – Szarpnięcie łańcucha zakończyło zbójeckie filozofowanie. – Jak się spóźnim do wieży na wieczerzę, to ci flaki wypruję jeszcze przed kaźnią.
– Panie – kapłan w białej, świątynnej kapicy pociągnął norhemne za skraj kubraka. – Panie, zda ci się teraz oporządzić, nim przed zachodem słońca wstąpisz na stok góry.
– Po co? – zdziwił się norhemne. – Szukam kogoś i nie mam czasu na głupoty.
Kapłan aż się zachłysnął na myśl o teologicznych skutkach niefrasobliwości barbarzyńcy.
– Właśnie żeś został wybrańcem miejscowej bogini – wyjaśnił nie bez zgryźliwości zbójca. – Póki ktoś inny cię nie utrupi.
Barbarzyńca wykrztusił kilka niezrozumiałych słów.
– W żadnym razie – oznajmił twardo. Wydarł struchlałemu strażnikowi łańcuch, krzepko ujął w połowie, owinął wokół ramienia i zwisającym końcem raz a potężnie zbójcę uderzył. – To w podzięce za wskazanie drogi, ścierwojadzie.
Twardokęsek zaskowytał, kiedy ogniwa łańcucha przeorały mu czoło.
Gapie wiwatowali radośnie.
– Dosyć! – ozwał się gromki głos Mierosza, najwyższego kapłana Fei Flisyon.
Za jego plecami mierzyło z łuków sześciu jasnoskórych niewolników o rysach ludu Sinoborza. Na czołach mieli piętna z rodzaju tych, które wypala się na targowiskach u podnóża Góry Hałuńskiej. Norhemne bez dalszych sporów pozwolił się poprowadzić w głąb pałacu, co, jak zauważył Twardokęsek, dobrze świadczyło o obyciu i rozsądku dzikusa.
Łańcucha jednak z garści nie wypuścił.
Pałac był nader obszerną budowlą na południowym stoku góry, gdyż, jak słusznie zauważył Twardokęsek, każdy dri deoneme niezwłocznie po zaszlachtowaniu poprzednika zaczynał odczuwać nieprzeparty pociąg do murarki. Kolumnada przed pałacem pochodziła z czasów, gdy kochankiem bogini był zdradziecki książę Skalmierza i należała do najwyborniejszych dzieł.
