
– Parthenoti?! – wrzask Zaraźnicy strącił ze ścian groty resztki sopli. – Parthenoti?!
I zaraz jej gniew nieoczekiwanie opadł, lewa ręka znieruchomiała.
– Skąd jesteś? – spytała przytomnym głosem. – I czego szukasz w mieście?
– Co ci do tego? – mruknęła pod nosem Szarka. – Myślałam, że jesteś tamtą. Póki nie zobaczyłam igieł.
Fea Flisyon zagapiła się na nią, nie rozumiejąc. Czerwone cętki blakły i znikały.
– Koncept iście Delajati godzien – rzekła wreszcie. – Czegóż chce moja młodsza siostrzyczka? Matczyne bękarty wygubić?
– Nie znam zamysłów Delajati – odparła Szarka. – Szukam kogoś. Zwali go Eweinren. Eweinren z Karuat.
– Skądże pewność, że go na Tragance znajdziesz?
– Jadziołek mi wyjawił – z ociąganiem przyznała dziewczyna. – Skoro tylko wiosna nastała, naglić począł, bym się do drogi gotowała. Przez stepy mnie przeprowadził aż nad sam Kanał, a potem statek na Tragankę wybrał.
– Tak bardzo pragniesz owego Eweinrena odnaleźć – kąśliwie spytała bogini – że usłuchałaś rojeń na wpół obłąkanego plugastwa? I to takiego, co się nocnym mamidłem pasie? Co cię dla owych zwidów sennych w szaleństwo niezawodnie wpędzi? Nie, nie słyszałam ani o Eweinrenie, ani o Karuat – spojrzała na Szarkę bursztynowymi oczami – a ja wiele słyszę.
Szarka bez słowa podała bogini obręcz dri deonema. Opaska była wąska, wykuta z czerwonego złota.
– Zatrzymaj ją – wzruszyła ramionami bogini. – Wedle obyczaju.
– Nie będę nosić znaków parthenoti. Niczyich znaków.
– Nie dozwolę, by śmiertelna odrzuciła moje dary. Popatrz! – W lewej dłoni bogini zabłysła garść cienkich, kolorowych igieł. – Niektóre niosą trąd, inne dur, czerwoną śmierć albo zgorzel… Dzisiaj zdołałaś się obronić przed czarem, który przywiązałby cię do Traganki. Czy i jutro będzie ci sprzyjać szczęście?
– Grozisz mi? – krzywo uśmiechnęła się rudowłosa. – Grozisz czy ostrzegasz?
– Ni jedno, ni drugie. Co wolisz. Cokolwiek zamyśla Delajati, weź obręcz i idź na północ. I nie wracaj na Tragankę.
