Po wczorajszej zabawie w ogrodach bogini miasto zdawało się przepite, otępiałe i nikt ich nie zaczepiał. Powietrze przesycały wonie dziegciu, smoły, taniego wina, przegniłych śmieci i smażonych na nabrzeżu ryb. Dostawcy kłębili się wokół przybijających do nabrzeża statków, wrzaskliwie targując się o cenę połowu i wydzierając nawzajem z rąk co okazalsze sztuki. Brudne dziewki w rozchełstanych koszulach włóczyły się smętnie, wabiąc marynarzy do tawern, gdzie właściciele stawiali im darmowe piwo za każdego przyprowadzonego gościa. Żebracy ciągnęli przechodniów za szaty. Przekupnie nawoływali z głębi kramów. U drzwi kantorków, na okazałych drewnianych tablicach wypisano starannie kursy najrozmaitszych monet, tak z Krain Wewnętrznego Morza, jak i z równin Turznii. Traganka była prawdziwie światowym miastem.

– Hej! Tutaj! – krzyknął usadowiony na wbitym w nabrzeże palu kędzierzawy wyrostek o bezczelnej gębie żaka. – Będą łowić w Zatoce Ślazowej. Szyper bierze trzech pasażerów, bardzo widać im spieszno, bo nie targowali się należycie i zadatek dali. Jeden gębę ma całą bliznami naznaczoną, snadnie go rozpoznacie, bo paskudny jak zaraza. Szyprowi rzekł, że do Spichrzy na Żary ciągną, ale go pozostali zaraz uciszyli. Dziwni to jacyś podróżni – mrugnął porozumiewawczo – tak się między ludźmi obracali, aby na strażników nie natrafić. Mają czekać w łódce przy południowym cyplu. A chcecie statek znać, tedy się dwa grosze należy. – Żak śmiało splunął na zapylony trakt, o włos od sandała Mierosza.

– Bystry z ciebie chłopak. Grzech, by taki tyłek na nabrzeżu darmo wysiadywał – wycedził przez zęby kapłan. – Ot, zda się ciebie kapką nakryć, sługą Fei Flisyon uczynić.

Żak skulił się na swoim słupie. Zazwyczaj akolitami zostawali niewolnicy z niskiej świątyni, lecz po Tragance nieustannie krążyły plotki o zaginionych chłopcach, a szkolarz wyraźnie nie pragnął zostać wytrzebiony ku chwale Zaraźnicy.



30 из 294