
– Wybierz sobie nowy przyodziewek, Twardokęsek – nakazała. – I niech Mierosz zaprowadzi cię do łaźni. Strasznie cuchniesz. Nie zwłóczcie, bo jeszcze przed zmierzchem z Traganki odbijamy.
Twardokęsek sposępniał. Ze dwie nocki na Kanale zejdą, pomyślał ponuro, a jak nas Sandalya sztormem ogarnie, na dobre tam ostaniemy.
W czas przeprawy na Tragankę zbójca dobrze wyrozumiał, że nie przepada za morzem. Szyper zrazu wszystkich podróżnych zapędził do wylewania wody, bo krypa przeciekała okrutnie, a drugiej nocy Kanał tak się rozkołysał, że zbójca prawie o ocaleniu zwątpił. Bydło ryczało przeraźliwie. Niewiasty poklękały i głośno odmawiały litanie do Fei Flisyon. Szyper klął.
– Byle nie przed zmierzchem – wzdrygnął się zbójca, wspomniawszy, jak każdej nocy coś we ćmie wyło prześmiewcze i z dali marynarzom wygrażało. – Po wyspach ludziska już mocno złe przetrzebili, ale w morzu ono się wciąż bez nijakiej przeszkody lęgnie i nie raz statek przy samym brzegu w głębię wciągnie. Trza nam świtu poczekać, ze słonkiem się wyprawiać.
– Tu co drugi szyper wiezie kontrabandę – kwaśno wyjaśnił Mierosz – przeto o zmierzchu na morze wychodzą, bo natenczas strażnicy się w porcie mieniają i w zamęcie łacno ich oszukać. Ale to małe rybackie statki. Zazwyczaj nie biorą obcych.
Szarka drapała jadziołka po podgardlu. Odwinął się, polizał ją po rękawicy. Język miał różowy. Zostawiał na jeleniej skórze niewielkie czarne plamki.
– Tedy pójdziesz na nabrzeże, Mierosz – oznajmiła – i przekonasz szypra, aby dziś zwyczaju odstąpił.
Wieczorem wymknęli się z pałacu. Bez świty, lektyk i akolitów zawodzących hymny ku czci Fei Flisyon. Szarka prowadziła błękitnego skrzydłonia, dwóch tragarzy dźwigało pakunki, a Mierosz dreptał z tyłu, z wysiłkiem usiłując omijać liczne, urzędowe i zgoła przypadkowe rynsztoki.
