– Pani – szyper nieśmiało dotknął jej ramienia. – Pani…

Wówczas, bez ostrzeżenia, otoczyła ich pierwsza fala sztormu. Gwałtowny podmuch wichru cisnął statkiem i w jednej chwili porwał żagiel. Morze rozkołysało się gwałtownie, tworząc potężny, spieniony wir, który ich zagarnął i począł bezładnie miotać statkiem. Znienacka wszystko pociemniało. Potężna fala przewaliła się ponad zbójcą, wycisnęła dech z piersi. A za nią przyszła następna, i jeszcze jedna. Szyper krzyczał coś, jego głos niknął w łoskocie wichury i przelewającej się przez pokład wody. Obok Twardokęska bom uderzył jednego z poławiaczy w pierś i zepchnął w wodę.

Statek jęczał. Nie, właściwie zbójca niewiele słyszał, raczej od palców stóp aż po końce włosów wyczuwał przenikliwe skrzypienie, jakby statek zaczął opłakiwać własną śmierć.

Pomimo zawodzenia wichru i fal była to jedna z owych martwych chwil, gdy świat jest mały i nieruchomy, a Twardokęsek tkwił w niej, z całych sił uczepiony burty, wyraźnie słysząc własny, zadyszany od strachu oddech. I wiedział, że w żadnym razie nie ocaleją, gdyż Sandalya nigdy nie wypuściła wolno statku płynącego od strony Traganki.

Nie pamiętał później, jak długo trwał sztorm. Gdy oprzytomniał, ujrzał Szarkę tulącą łeb skrzydłonia. Podniósł się z klęczek, stanął na miękkich kolanach i potoczył wzrokiem po pokładzie. Dwóch rybaków zmyło za burtę, lecz nie dbał o nich, reszta natomiast wydawała się mniej lub bardziej przytomna. Prócz kapłana, który skowycząc obejmował zakrwawioną głowę, ale też zaczynał dochodzić do siebie. Szyper tkwił przy okaleczonym sterze. Zbójca widział jedynie jego przygarbione plecy i ręce, zbielałe od wysiłku, poznaczone węzłami żył.

Ciężkie, nabrzmiałe od sinych chmur niebo zdawało się napierać na strzaskany maszt. Powierzchni wody nie burzyła ni pojedyncza fala, cień ptaka, grzbiet ryby, lecz statek nieustannie posuwał się naprzód, wiedziony czymś, co napełniało Twardokęska grozą.



39 из 294