Śpiew Sandalyi nadciągnął jak pierwszy, słaby podmuch wiatru. Przejmująca, pojedyncza nuta z pogranicza bólu wciągała statek coraz głębiej w mgłę i skłębione wodorosty. Książę powoli opuścił dłoń na głowicę Sorgo, potężnego, oburęcznego miecza żalnickich panów.

Szarka odsunęła skrzydłonia i wyprostowała się. Na jej oblepionej mokrymi włosami twarzy malowała się udręka. Uczyniła szybki, przeczący gest w kierunku księcia i jego miecza.

– Zabijałem już wcześniej – odpowiedział. Nie podkreślał słów, lecz każde potoczyło się jak osobny, owalny kamyczek.

– Ja również. I nie tylko mieczem – rzekła.

– Dlaczego? – spytał cicho. – Dlaczego?

– Czy teraz – z gorzkim uśmiechem potoczyła ręką – czy teraz czas i miejsce, by o tym mówić?

Zbójca znów się zaśmiał, spoglądając na tych dwoje głupców, spierających się, które pierwsze stawi czoło bogince w jej żywiole. Niech więc będzie i tak, myślał, zaś przenikliwa, rozedrgana pieśń szeptała do niego o śmierci.

Głos Sandalyi potężniał. Wpływali weń niby w coraz głębszy cień lasu.

Poławiacze zaprzestali litanii, lecz nadal klęczeli. Pięciu wysokich ryżobrodych mężczyzn o grubych dłoniach i brązowej, spieczonej skórze, której nigdy nie opuszczał zapach morza, o włosach poprzetykanych siwizną. Zbyt starych, by na kupieckim statku ruszyć ku Skalmierzowi czy na Pomort, lecz wciąż wystarczająco krzepkich, by wypływać na połów. Twardokęsek przelotnie zastanowił się nad podobieństwem ich twarzy, pobielałych i wyostrzonych od grozy – tej przeżytej i tej przeczuwanej. Zapewne byli spokrewnieni i stracili tego dnia dwóch spośród siebie, braci, synów, nie wiedział.

Szarka nie czekała. Łagodnie odsunęła klęczącego szypra i stanęła na dziobie. Kłąb grafitowej mgły ogarnął ją, lecz smuga włosów przebiła się przez ćmę jak długa, złotoruda witka. I kiedy napłynął kolejny kłąb mgły wraz z silniejszą falą śpiewu boginki, Szarka także zaczęła śpiewać. Jej głos wzbił się ponad pieśń Sandalyi, przejrzysty, odległy.



42 из 294