
Jak opisać tamte dwie pieśni, które zabrzmiały w miejscu zatracenia? Sandalya śpiewała swoje szaleństwo, ściągając na nich mrok i zagładę, pożądanie ostrego żelaza w sercu, śmierci wśród oślizgłych, chłodnych łodyg wodorostów. Zbójca widział, jak jego własna dłoń powoli skrada się ku wbitemu w pokład rybackiemu nożowi i niewiele, jakże niewiele brakowało, by uległ pokusie, gdyż wszystkie nienawiści, wszystkie udręki jego małego, parszywego życia zlatywały się do pieśni Sandalyi.
Osnowę pieśni Szarki stanowił smutek, kryształowa, jasna rozpacz i tęsknota – nieskończona, gdyż daremna. Pośród odłamków wioseł, resztek masztu, w ciemnej, grafitowej mgle opłakiwała niezrozumiałą dla Twardokęska stratę.
Pieśń Sandalyi umilkła i grafitowa mgła rozwiała się nieco. Twardokęsek podniósł wzrok i zdjął go lęk, gdyż ujrzał nadciągającą ku nim wyniosłą falę. Szarka także ją dostrzegła, lecz nie przestała śpiewać, doprowadziła melodię do ostatniej nuty i ostatniego słowa. Wówczas fala zawisła nad dziobem statku i opadła blisko, o wyciągnięcie ręki.
Na jej szczycie, w brunatnych i mlecznych smugach piany stała Sandalya w przykrótkiej tuniczce z gnijących wodorostów. Na jej ramieniu spoczywał warkocz sztormów, spleciony z włosów szarych, niebieskich, zielonych, granatowych i czarnych.
– Śpiewałaś! – odezwała się przejmującym i w owej chwili pełnym wyrzutu głosem. – Przywołałaś mnie pieśnią, zapewne nie bez przyczyny.
– Byś pozwoliła nam odejść.
– Nielicha to prośba – niechętnie odparła Sandalya. – Nielicha, a raczej zuchwała, zważywszy, skąd przypływasz i czyj nosisz znak. Nie ma przyjaźni pomiędzy mną i Feą Flisyon z Traganki, a także pomiędzy mną i tymi, którzy jej służą. Na darmo więc przywołałaś mnie pieśnią.
– Przywołałam cię – spokojnie rzekła Szarka – ponieważ mój smutek dorównuje twojemu i nie powinno być między nami waśni. Pozwól nam przejść, przedksiężycowa. Nie służę nikomu prócz siebie.
