Margit Sandemo


Zbłąkane Serca

Z norweskiego przełożyła Lucyna Chomicz-Dąbrowska

ROZDZIAŁ I

Zaczęło padać, więc skręciłam i podjechałam pod kościół. Oparłam motocykl o mur w miejscu, gdzie przed wiekami wierni zostawiali konie, a te, posilając się owsem, czekały cierpliwie na powrót swych właścicieli. Dopiero co skończyło się niedzielne nabożeństwo i drzwi do kościoła były jeszcze otwarte. Postanowiłam schronić się przed deszczem pod sklepieniem tej niewielkiej świątyni z dawnych wieków.

Wewnątrz panowała podniosła cisza, która w szczególny sposób oddziałuje na współczesnego człowieka: zmusza, by zwolnił nieco kroku i powstrzymał potok słów płynący nieprzerwanie z jego ust. W skupieniu szłam powoli po szorstkim czerwonym chodniku, wyłożonym przez środek, a potem skręciłam w boczną nawę. Stojąc na chłodnej kamiennej posadzce, rozglądałam się wokół.

Wnęki i sufit zdobiły naiwne malowidła i dary wdzięcznych parafian zgromadzone na przestrzeni wieków. Ołtarz stanowił prawdziwe dzieło sztuki; wielka, drewniana płaskorzeźba o żywych barwach wzbudziła mój szczery zachwyt Długo studiowałam pełną ekspresji kompozycję, gdy naraz wzrok mój przykuła pęknięta na pół tarcza, niegdyś zapewne bardzo piękna, zawieszona na jednej ze ścian.

Dotknęłam ostrożnie pociemniałego od starości drewna. Na środku rysowały się kontury głowy jakiegoś zwierzęcia, dały się też odróżnić pozostałości znaków heraldycznych.

– Tak, ta tarcza należała do rodu Maarów – odezwał się jakiś głos.

Cofnęłam dłoń jak złodziej złapany na gorącym uczynku. Zupełnie nie słyszałam kroków kościelnego, który gasił świece i ustawiał kwiaty.

– Maar… – zdziwiłam się. – A tak, rzeczywiście, dopiero teraz zauważyłam, że to łeb kuny. Słyszałam kiedyś nazwę tego rodu.



1 из 147