
– Jeśli tak, to jest pani wyjątkiem – powiedział z goryczą. – Dziś już nikt nie orientuje się w historii szlacheckich rodów. Przed kilkoma laty w krypcie pod posadzką w głównej nawie odkryto ludzkie szczątki i tę właśnie tarczę. Zauważyła pani, że jest pęknięta?
Pokiwałam głową.
– Chyba domyślam się, co to oznacza.
– No tak, dobrze, że znalazło się tu dla niej miejsce – rzucił kościelny na odchodnym.
Maar? Gdzie ja słyszałam tę nazwę? Już wiem! Natknęłam się na nią w starej kronice szlacheckich rodów Norwegii, gdzie szczegółowo opisano tarczę, znaki heraldyczne, herb. Ten ród, którego przodków nie wymieniono, pojawił się około XV wieku, w krótkim czasie przeżył swą świetność, by potem zginąć gdzieś w mrokach zapomnienia. W kronice jednak nie wspomniano ani jednego przedstawiciela…
Pogrążyłam się w rozmyślaniach. Jaką historię mogłaby opowiedzieć ta tarcza, która przeleżała gdzieś w ciemnej krypcie, podczas gdy przetaczały się stulecia? Co się stało z rodem Maarów? Czy zszedł do chłopskiego stanu, jak wiele innych rodów szlacheckich w Norwegii? Chyba nie, bo wówczas dałoby się śledzić jego losy. A może po prostu w ostatnim pokoleniu urodziły się same córki? Powód mógł być całkiem inny, o wiele bardziej dramatyczny. Koniec XV wieku… Załóżmy, że na początku XVI wieku ród istniał nadal. Co się działo wówczas w Norwegii? Na tych traktach?
Nieobecna duchem przysiadłam w kościelnej ławce, a przed moimi oczyma pojawiły się obrazy z przeszłości, cofnęłam się do dawnych czasów, kiedy to obok okrucieństwa, zdrady i uciemiężenia rozkwitały szlachetne czyny i śmiałe marzenia.
Gdy godzinę później zaświeciło słońce i wyszłam na mokry od deszczu cmentarz, byłam już prawie pewna, że wiem, co się stało z rodem Maarów…
Nad horyzontem zawisła ciężka, ołowianoszara chmura, postrzępiona na krańcach i podświetlona przez zachodzące słońce jaskrawą żółcią. Tuż pod tą zwiastującą nieszczęście chmurą lśniła tęcza.
