
Magnus się zdenerwował.
– Przynieście mi coś! – przedrzeźniał dziewczynę. – Lepiej odpocznij, bo zaraz ruszamy dalej.
Rzuciła się na trawę.
– Nie chcę nigdzie jechać! Chcę do domu!
– Rozkapryszona pannica – mruknął Magnus.
Ale Endre przyniósł trochę wody z jeziora i pochylił się nad dziewczyną.
– Proszę, księżniczko – odezwał się przyjaźnie. – Wypij! Woda gasi pragnienie i ucisza najgorszy głód.
Uczyniła niecierpliwy gest, jakby chciała odtrącić wyciągniętą dłoń młodzieńca, ale zerknąwszy na niego, zdecydowała się wypić wodę. Bez słowa podziękowania położyła się z powrotem na trawie.
– Jaśnie pani nie jest zbyt łaskawa – zirytował się Magnus.
– Spróbuj ją zrozumieć – rzekł wyrozumiale Endre. – Przywykła do innego życia i nie pojmuje, co się teraz dzieje. Mimo wszystko uważa nas za swych wrogów, którzy ją uprowadzili, a pałac puścili z dymem. Bo nawet jeśli nienawidziła tego miejsca, to jednak tam usługiwano jej i spełniano wszelkie zachcianki.
– No tak – przyznał Magnus nieco ułagodzony. – Pewnie niebawem zmądrzeje.
Rzucił jej pończochy.
– Załóż je, Mario! O brzasku jest chłodno, a przed nami daleka droga!
Niechętnie go posłuchała.
– Zwracasz się do niej po imieniu? – zdumiał się Endre.
– Tak – potwierdził Magnus, uśmiechając się szeroko. – Ale tobie nie wolno.
– Nawet bym nie śmiał – odpowiedział Endre głęboko wstrząśnięty i popatrzył uważnie na księżniczkę, która siedziała na pniu i zawiązywała buty. – Ciekawe, jakie było jej życie w pałacu?
Magnus powtórzył, co opowiedziała mu dziewczyna. O obojętności księcia Brandenburgii wobec zamążpójścia córki i o jej tak zwanym małżeństwie z von Litzenem.
W okolonych czarnymi rzęsami oczach Endrego pojawiło się współczucie.
– Jak można tak traktować własne dziecko? – spytał.
Magnus podniósł wzrok na pobliskie wzgórze i nagle zastygł w bezruchu.
