Zatrzymali się i dali odpocząć zwierzętom, dopiero kiedy dotarli do pasma gór. Młodzieńcy ze smutkiem obrócili wzrok w kierunku rodzinnej wsi.

– Jak myślisz, Endre, wrócimy tu kiedyś? – w zadumie zapytał Magnus.

Syn zamordowanego chłopa potrząsnął głową.

– Póki Norwegia nie odzyska niepodległości, nic tu po nas! Jeśli von Litzen nie żyje, sama nasza ucieczka stanowić będzie dowód naszej winy. Ale czy mamy wybór? Przecież musimy stąd wywieźć księżniczkę, bo ludzie Henryka Granuma czyhają na jej życie.

Magnus zaśmiał się gorzko.

– W co myśmy się właściwie wplątali?

– Żałujesz? – spytał Endre.

Magnus długo spoglądał w stronę swego dworu, Solstad, gdzie samotnie mieszkała jego matka.

– Czy żałuję? Nie! Teraz przyświeca mi tylko jeden cel. Pragnę, by Norwegia odzyskała niepodległość. Ruszajmy! Powinniśmy odjechać jak najdalej, nim wstanie świt.

I nie oglądając się więcej za siebie, udali się w niepewną drogę na zachód.


Krzewy i zarośla spowijała srebrna księżycowa poświata, migotały końskie grzywy, kopyta stukały o twarde podłoże. Podążali starym traktem. Endre jechał pierwszy, ponieważ dobrze znał ten szlak, a za nim Magnus z oniemiałą ze strachu Marią, która nigdy w życiu nie jechała konno. Trzymała się kurczowo swego wybawiciela, nie mając nawet odwagi spojrzeć na rysującą się przed nią w mroku sylwetkę, zda się upiora.

Galopowali bez wytchnienia, nie zatrzymując się, póki nie wstał świt. Dopiero wtedy Endre zdecydował się na postój nad niewielkim jeziorem na płaskowyżu. Konie drżały, utrudzone ciężką drogą.

– Wielkie nieba, Endre! Nie miałem pojęcia, że ta twoja stara kobyła tyle wytrzyma! – zawołał Magnus.

Maria zsunęła się z siodła i kompletnie wyczerpana opadła ciężko na ziemię.

– Jestem okropnie zmęczona – jęknęła żałośnie. – Chce mi się jeść i pić. Przynieście mi coś!



13 из 147