
Magnus Maar odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się beztrosko.
– Och, Endre, Endre! To dopiero była przygoda! Tym razem myślałem, że już po mnie. Te dziewczęta! Wystarczy, że człowiek trochę je poadoruje, a one od razu myślą o małżeństwie. A na domiar złego wtrąciła się mamuśka… Dzięki, że mnie wybawiłeś z kłopotów, Endre!
Endre z oddaniem popatrzył na swego pana i przyjaciela, a na jego ustach pojawił się uśmiech. Magnus Maar był szlachcicem z krwi i kości, dumnym i odważnym, jego twarz zdradzała zdecydowany charakter, a stalowoszare oczy spoglądały chłodno. Zgodnie z kanonami najnowszej mody nosił jedwabną koszulę i piękny kaftan usztywniony na ramionach. Przez plecy miał przerzuconą krótką, bogato haftowaną pelerynkę z aksamitu. Spod aksamitnego beretu wymykały się ufryzowane ciemnobrązowe loki.
Traktuje mnie jak równego sobie, pomyślał Endre ciepło. Mówi, że jestem jego przyjacielem, nie sługą.
Endre ze Svartjordet był ubrany znacznie skromniej niż Magnus Maar. Spod szerokiej w ramionach kamizeli ze skóry łosia, sznurowanej na piersi, wystawała nie pierwszej już świeżości koszula, podarunek od Magnusa. Spodnie z grubego sukna Endre zatknął w zakurzone długie buty. Czarne włosy od wielu miesięcy nie były strzyżone. Ale uwagę przykuwała przede wszystkim twarz, otwarta i szczera, budząca zaufanie. Endre, zaledwie o dwa lata starszy od Magnusa, sprawiał wrażenie znacznie dojrzalszego. Być może dlatego, że jako syn chłopa, a brat jedenaściorga rodzeństwa doświadczył w życiu o wiele więcej trudów niż rozpieszczony młody szlachcic.
– Och, jak dobrze wrócić do domu – westchnął Magnus. – Jeszcze tylko kawałek, a dojedziemy do naszej osady, spokojnej i bezpiecznej jak zawsze…
Już z daleka przyciągnęło ich uwagę stado kruków. Endre wstrzymał konia i z rosnącym niepokojem spoglądał na krążące wysoko czarne ptaki.
– Nie podoba mi się to – mruknął. – Zachowują się jakoś dziwnie, niechybnie zwiastują nieszczęście.
