
Chłopiec, pełniący wartę na szczycie wzgórza, poczuł dreszcze, mimo że letni wieczór był ciepły. To niedobry znak, pomyślał. Jakby nie dość złego wydarzyło się w ciągu dnia!
Przez krzyk ptactwa dochodziły go szepty naradzających się w dole mężczyzn. Czasem któryś z nich w gniewie podnosił głos, ale natychmiast go uciszano.
Chłopiec zmarszczył brwi, usiłując uchwycić sens rozmowy. Wpatrzony w niebo, przypomniał sobie słowa jakiejś baśni: „U kresu tęczy ukryty jest skarb”.
Naraz serce zabiło mu mocniej, gdyż w samym środku barwnej wstęgi, gdzieś między pasmem zieleni i żółci, dostrzegł dwa czarne punkciki, które powiększały się błyskawicznie.
Zbiegł na dół do zagajnika, gdzie siedziała grupka dziesięciu, a może dwunastu mężczyzn.
– Zbliżają się dwaj jeźdźcy! – zawołał zachrypniętym głosem, a w jego oczach malowało się przerażenie. – Galopują co koń wyskoczy! Prosto z tęczy!
Mężczyźni pospieszyli na szczyt wzgórza. Wysoki przywódca z siwiejącą brodą osłonił ręką oczy i spojrzawszy na jadących uśmiechnął się lekceważąco.
– To tylko panicz Magnus! – powiedział. – Razem ze swym wiernym sługą, Endrem.
– Szczeniaki! – mruknął ktoś inny. – Ale chyba powinniśmy ich zatrzymać?
– Koniecznie! – odparł siwobrody.
Ktoś trzeci spytał z wahaniem:
– Czy wtajemniczymy ich w nasz plan, Henryku?
Henryk Granum zamyślił się.
– Szlachta ma chyba jeszcze mniej powodów niż my, by kochać króla Christiana i jego duńskich wasali.
– Ale oni wyłonili się z tęczy! – powtarzał swoje mały wartownik, wciąż zdziwiony i podniecony.
Henryk Granum roześmiał się.
– Sądzisz, że to jakiś znak? Że Magnus Maar nas uratuje? Hmm… W takim razie zatrzymamy go tutaj. Szybko, wszyscy do lasu! Kryć się!
Bezgłośnie niczym cienie zniknęli pod osłoną drzew. Wzgórze opustoszało.
Magnus Maar i Endre ze Svartjordet galopowali na swych wierzchowcach całkiem nieświadomi tego, co wydarzyło się w tych stronach.
