
Poruszył się niespokojnie w fotelu i pociągnął kolejny łyk drinka.
— To zło — zaprzeczać istnieniu umysłu — mówiła Theresa — że nie wspomnę o duszy.
— Tessie…
Pochyliła się do przodu — blada, bezcielesna plama na tle zmierzchu — a jej głos zadrżał, jakby stała na granicy łez.
— To jest zło, Jackson. Nie jesteśmy tylko czujnikami, procesorami i obwodami jak jakieś roboty. Jesteśmy ludźmi — wszyscy!
— Uspokój się, kochanie. To tylko jedno zdanie, które ktoś napisał dawno temu. Zakurzone dane w starym pliku.
— W takim razie ludzie już w to nie wierzą? A lekarze?
Oczywiście, że wierzą. Ale tylko Theresa potrafi tak się przejąć banałem sprzed siedemdziesięciu pięciu lat, opartym na innych banałach sprzed lat dwustu.
— Tessie, skarbie…
— Jackson, my mamy dusze!
— O Chryste, tylko nie kolejna gadka na temat dusz! — odezwał się czyjś głos.
Weszła uśmiechnięta, szydercza, wypełniła pokój swą potężną — metr pięćdziesiąt dziewięć — i skrajnie żywotną obecnością. Cazie Sanders. Jego była żona. Która jakoś nie chciała wynieść się z jego życia, a rozwód, kiedy go już uzyskała, traktowała jak jeszcze jedną rzecz niewartą uwagi. Pod pretekstem przyjaźni z Theresą Cazie wchodziła i wychodziła z mieszkania Aranowów o zupełnie dowolnych porach, zajmowała ich sobą i porzucała, kiedy tylko jej się spodobało, bo zawsze wszystko tylko jej musiało się podobać.
