
— Landau, taki z ciebie mało oryginalny snob — odezwała się Cazie. — Nie tylko Amatorzy wyznają kult Matki Mirandy. Czczą ją także niektóre Woły.
Theresa przesunęła się niespokojnie — oznaczało to, że jest czymś poruszona, taki kinetyczny ekwiwalent płaczliwego jęku. Jackson wziął ją za rękę.
— Ale to przeważnie Amatorzy — upierał się Landau. — Nasze od niedawna samowystarczalne, wyzwolone spod władzy korporacji osiemdziesiąt procent społeczeństwa. I tylko Amatorzy wykonują egzorcyzzzmy.
— Co egzorcyzmują? Demony? — zapytała Theresa, tak cicho, że Jackson z początku myślał, iż nie usłyszał jej nikt poza nim.
— Nie, jasne, że nie — odpowiedział jednak Landau. Jego pszczoły chwilami głośniej bzyczały. — Nieczyste myśli.
Cazie wybuchnęła śmiechem.
— No, niezupełnie. Raczej myśli politycznie niepoprawne. To właściwie taki polityczny sprawdzian, czy wszyscy dobrzy mali matko-mirandyci są należycie przekonani o jej półboskości. Nazywają to egzorcyzmami dlatego, że rugują wszystkie niewłaściwe pojęcia. Potem wszyscy razem tworzą kolejne przesłanie pod adresem Sanktuarium.
— Czysty wstrząs mózgu, mówię wam — dodał Landau.
Jackson nie mógł się powstrzymać.
— Czy ten rytuał jest dostępny dla ludzi z zewnątrz?
— Jasne, że nie — odpowiedział Landau. — My się chcemy tam wkraść. Pokorni nowicjusze w poszukiwaniu jakiejś wiary, która oświeciłaby nasze bezcelowe i przeciążone przywilejami życie.
Tłumione wzburzenie Theresy wzrosło.
— O co chodzi, Tess? — zapytała Cazie.
— Nie powinniście tego robić! — wybuchnęła Theresa. Zaraz też skurczyła się, a następnie chwiejnie wstała z fotela. Jackson, który wciąż trzymał ją za rękę, czuł, jak drżą jej palce. — Dobranoc — szepnęła i uwolniła rękę.
