— Eg-zor-cyzzz-my — wycedził Landau, naśladując obcy akcent. To on miał na sobie pszczoły. — Nie słyszałeś o nich? Chyba musiałeś o nich słyszeć?

— Jackson nigdy o niczym nie słyszy — wtrąciła Cazie. — Nigdy nie wychodzi z enklawy, żeby nie pobrudzić się między Amatorami.

— Czasem ją jednak opuszczam — odpowiedział zrównoważonym tonem.

— Miło mi to słyszeć — odrzekła natychmiast Cazie, częstując się kieliszkiem słoneczka. Paznokieć na serdecznym palcu pokrywało holo motyla, rozpaczliwie trzepoczącego skrzydłami.

— Eg-zor-cyzzzm — wyjaśniał mu Landau z mocno przesadną cierpliwością — to po prostu supernowa. Czysty wstrząs mózgu. Można umrzeć ze śmiechu.

— Wątpię — odparł Jackson, przysięgając sobie w duchu, że to było ostatnie słowo, jakie powiedział do tej trucizny. Założył ręce na piersi i zaraz zdał sobie sprawę, że sprawia wrażenie tak nadętego, jak go zapewne przedstawiła Cazie, więc szybko je opuścił.

— Na pewno słyszałeś o kulcie Matki Mirandy? — ciągnął Landau. — To taki rodzaj religii dla Amatorów Życia — bardzo typowej. Miranda jako Dziewica Maryja, wstawiająca się za nimi u Najwyższego. A o co? Nie o zbawienie, łaskę, pokój na świecie albo którąś z tych innych nudnych wieczystych prawd. Nie — czciciele Matki Mirandy modlą się o nieśmiertelność. O kolejną Przemianę. Jeśli Superbezsenni mogli nam dostarczyć poprzednie strzykawki, powiada ta śmiechu warta teologia, równie dobrze mogą przedstawić kolejny cud, dzięki któremu nasi mali brudni Amatorzy będą ciągnąć w nieskończoność.

Irv wybuchnął ostrym, szczekliwym śmiechem, przypominającym pękanie lodu, po czym jeszcze raz skorzystał ze swego inhalatora. Preparat oddziaływał bezpośrednio na ośrodek odczuwania przyjemności, jak zgadywał Jackson, do tego kilka halucynogennych dodatków oraz starannie dobrany depresant, który ma obniżyć hamowanie reakcji.



19 из 393