
Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Przynajmniej będę z dala od San Francisco.
— Ostatnio — mówił dalej Colin — Superbystrzy przedostają się na teren Stanów Zjednoczonych, pojedynczo i dwójkami, bardzo zakamuflowani zarówno kosmetycznie, jak i elektronicznie. Podróżują do rozmaitych miasteczek Amatorów Życia i do enklaw Wołów, a potem wracają na La Isla. Chcemy wiedzieć, dlaczego to robią.
— Może cierpią na chorobę Gravisona — mruknęłam pod nosem.
— Przepraszam, co mówiłaś?
— Pytałam, czy są jakieś postępy w penetracji Hueros Verdes?
— Nie — odparł, ale przecież nie powiedziałby mi prawdy, gdyby rzeczywiście były. Seksualny podtekścik umknął mu całkowicie.
— A nad kim ja mam rozciągnąć nadzór?
Zaskakujące, czułam w gardle banieczkę podniecenia. Od lat nic mnie już nie ekscytowało. Rzecz jasna, z wyjątkiem Davida, który jednak zabrał już swoje seksowne ramiona, a także swoje poczucie wyższości, i trzyma je teraz w gotowości, ażeby wskoczyć na jakiś czas w sam środek życia innej kobiety.
— Będziesz śledzić Mirandę Sharifi — odpowiedział.
— O.
— Wszelkie dane identyfikacyjne i wyposażenie trzymam dla ciebie w schowku na stacji grawkolei. Będziesz uchodziła za Amatorkę Życia.
Było to ciut obraźliwe. Colin insynuował, że mój wygląd nie był aż tak olśniewający, żeby na pierwszy rzut oka poznać genomodyfikację. Ale dałam spokój.
— Ona sama opuściła wyspę tylko jeden jedyny raz. Tak nam się wydaje. Jeśli zdarzy się to jeszcze raz, masz podążyć za nią.
