Amatorzy Życia stali dookoła, wpatrując się w nią w oszołomieniu, bezsilni.

Poszłam za Colinem do budynku G-14, skołowana — właśnie tak, jak powinnam, będąc ofiarą choroby Gravisona.

2. Billy Washington: East Oleanta w stanie Nowy Jork

JAK SIĘ TYLKO DOWIEDZIAŁEM O TYM WŚCIEKŁYM szopie, pierwsze, co zrobiłem, to poleciałem zaraz do kafeterii, żeby powiedzieć Annie Francy. Biegłem całą drogę. Teraz to już nie takie łatwe. Myślałem tylko o tym, że może Lizzie jest już bezpieczna z Annie w kuchni, że może nie jest w lesie. Może.

— Leć, staruchu! Leć, stary pierdoło! — wrzasnął chłopak w alejce między hotelem a składem. Zawsze tam stali, łobuzy, jak była ładna pogoda. A była ładna pogoda. Zapomniałem, że mogą tam stać, bo inaczej bym poleciał naokoło, wzdłuż rzeki. Na szczęście dzisiaj po południu byli za leniwi albo za bardzo pokłóceni, żeby za mną ganiać. Gówno im powiem o szopie.

Przy służbowym wejściu do kafeterii, tam gdzie mają wchodzić tylko roboty, zacząłem walić w drzwi ile wlezie i niech szlag trafi tych, co usłyszą.

— Annie Francy! Wpuść mnie!

Po mojej prawej coś zachrobotało w krzakach i mało nie padłem. Szopy przychodziły tutaj po odpadki, które wylatują z robotów dostawczych. Ale to był tylko wąż.

— Annie! To ja, Billy! Wpuść mnie!

Niskie drzwiczki w końcu się otwarty. Wczołgałem się do środka na kolanach i łokciach. To właśnie Lizzie wykombinowała, jak otworzyć służbowe wejście bez sygnału od robota. Annie prędzej by wypuściła liście, niżby wpadła na coś takiego.



27 из 355