No, oczywiście tylko w wypadku, gdyby kogoś dzisiaj jeszcze interesowały wystawne kolacyjki.

Dobry styl to cecha zanikająca.

Stephanie przyprowadziła swojego psa do mojego mieszkania w Enklawie Bezpieczeństwa Bayview pewnego niedzielnego czerwcowego poranka. Dzień wcześniej kupiłam sobie kilka doniczek z nowymi kwiatkami od BioForms w Oakland, więc spływały teraz przez poręcz tarasu rozwichrzoną kaskadą błękitów, bardziej różnorodnych niż wody Zatoki San Francisco sześć pięter niżej. Kobaltowy, błękit paryski, akwamaryna, lazur, turkusowy, sinawy i modry. Leżałam na tarasowym szezlongu i pojadając anyżowe ciasteczka przyglądałam się swoim kwiatkom. Geniusze genetyczni ukształtowali każdy w miękką, roztrzepotaną tubę, zakończoną niedużą kopułką. Kwiatki były dość długie. Ogólnie rzecz biorąc, mój taras pienił się kaskadą niebieskich, sflaczałych, roślinnych penisów. David wyprowadził się tydzień temu.

— Diano — zawołała Stephanie przez pole Y, które wypełniało framugę otwartych drzwi balkonowych. — Puk, puk.

— Jak weszłaś do mojego mieszkania? — zapytałam, lekko poirytowana. Nie podawałam Stephanie swojego kodu; aż tak blisko ze sobą nie byłyśmy.

— Ktoś złamał twój kod. Jest w policyjnej sieci. Pomyślałam, że lepiej ci o tym powiem.

Stephanie była gliną. Rzecz jasna, nie pracowała w żadnym komisariacie, bo to brudna i przykra robota wśród Amatorów Życia. To nie dla naszej Stephanie. Była właścicielką firmy, która dostarczała roboty patrolujące do enklaw bezpieczeństwa. Projektowała te roboty osobiście. Jej firma, o której sukcesach było dość głośno, miała kontrakty z większością enklaw w San Francisco, choć z moją akurat nie. Mówiąc mi, że mój kod znalazł się w informacyjnej sieci dla robotów, bez krzty wdzięku próbowała mi dogryźć, tylko dlatego, że moja enklawa korzystała z usług innych sił policyjnych.



4 из 355