
Przyniosła mi koc, jeden z tych, które sama ozdobiła barwną przędzą ze składu. Inne ozdoby wisiały na ścianach, przetykane kawałkami blachy z puszek, z której młode dziewczyny robiły sobie biżuterię, przeplecione oddartymi paskami kombinezonów i innymi kolorowymi rzeczami, jakie tylko udało się Annie znaleźć. Wszystkie mieszkania przy Jay Street wyglądają tak samo. Wszystkie wybudowano mniej więcej w tym samym czasie, jakieś dziesięć lat temu, kiedy jakiś senator chciał wyjść z cienia i potrzebował bardzo rozbuchanej kampanii. Małe pokoiki, ściany z pianki budowlanej, plastsyntetyczne meble z przydziału, ale mieszkanie Annie należało do tych kilku, które wyglądały jak prawdziwe domy.
Annie kazała Lizzie położyć się do łóżka. Potem przyszła i usiadła na krześle blisko mojej kanapy.
— Billy… Widziałeś tamtą kobietę w kafeterii?
— Jaką kobietę?
Miło, kiedy siedzi tak blisko.
— Tę, która stała z tyłu, przy ścianie. Miała zielony kombinezon. Nie mieszka tu, w East Oleancie.
— No i?
Ułożyłem się pod tym ładnym kocem Annie. Czasem zaglądają tu do nas podróżni, choć teraz jakby rzadziej, odkąd grawkolej przestała jeździć regularnie. Chipy żywnościowe są ważne w całym stanie, bo dostajemy je od senatorów, a kiedyś nawet nie było trudno wymienić je na międzystanowy chip. Może dalej tak jest. Ja nie podróżuję za często.
— Wyglądała tak jakoś inaczej. — Jak inaczej?
Annie zacisnęła usta; myślała. Miała wargi ciemne i błyszczące jak jeżyny, a dolna była tak pełna, że zaciśnięta wyglądała jeszcze bardziej soczyście. Musiałem odwrócić oczy.
— Jak Woły — powiedziała powoli.
Z wrażenia aż usiadłem. Koc zsunął się na podłogę.
— Chcesz powiedzieć, że była genomodyfikowana? Ja tam nikogo takiego nie widziałem.
— No, może nie była tak ładna jak oni wszyscy. Mała, ostre rysy, nisko opuszczone brwi i trochę za duża głowa. Ale była Wołem. Ja zawsze wiem. Billy… Myślisz, że ona może być szpiegiem z FBI?
