
— W East Oleancie? Nie mamy tu żadnych podziemnych organizacji. Mamy tylko tych przeklętych łobuzów, co to zrobią wszystko, żeby reszcie obrzydzić życie.
Ale Annie nadal zaciskała usta. Licencję na naszą policję ma legislator stanowy Thomas Scott Drinkwater. To on zawiera kontrakty z tymi, co mają i roboty, i wołowskich funkcjonariuszy. Niezbyt często ich widujemy. Nie zależy im, żeby na ulicach był spokój, i nie obchodzą ich kradzieże, bo w składach zawsze jest dość dla wszystkich. Ale kiedy ktoś kogoś napadnie, zabije albo zgwałci, zaraz tu są. Akurat rok temu zgarnęli Eda Jensena za to, że zabił najstarszą dziewczynę Flaggów, kiedy się młodzi za bardzo rozochocili na tańcach. Zabrali go do Albany, na „od dwudziestu pięciu lat do kary dożywotniego więzienia”. No, ale z drugiej strony, nikt nigdy nie stanął przed sądem, kiedy w lesie zastrzelili z łuku Sama Taggarta. Ale chyba ktoś inny musiał mieć wtedy licencję.
FBI to zupełnie co innego. Jak wszystko, co federalne. Nie przyjeżdżają do Amatorów Życia, chyba że coś zagraża Wołom. A jak już raz przyjadą, to nie popuszczą.
— A ja swoje wiem — upierała się Annie — Ona była z Wołów. Mam do nich nosa.
Nie miałem najmniejszego zamiaru się kłócić. Nie chciałem też, żeby się martwiła.
— Annie, FBI nie ma czego szukać w East Oleancie. A Woły nigdy nie mają ostrych rysów i za dużych głów; przecież żaden by nie pozwolił, żeby mu się urodziło takie dziecko.
— No cóż, mam nadzieję, że się nie mylisz. Nie potrzeba nam tu żadnych Wołów na gościnnych występach. Niech oni sobie siedzą u siebie, a my u siebie.
Nie mogłem się powstrzymać i zapytałem miękko:
— Annie, słyszałaś kiedy o Edenie?
Wiedziała, że nie mówię o Biblii. To nie ten ton.
— Nie. O niczym takim nie słyszałam.
— A właśnie, że słyszałaś. Poznaję po twoim głosie. Słyszałaś o Edenie.
