
Albo, jak w tym wypadku, właściwe psy. A mimo to mamy tu taką Stephanie, teoretycznie strażniczkę praworządności, która stoi sobie na moim tarasie mając u boku kilkuletni wyrok za przekroczenie wymogów ANSG — z różowym futerkiem. Katous miał dwie pary rozkosznych różowych uszu; obie czujnie nastawione, sterczały w górę jak cztery słuchowe rakiety. Miał równie rozkoszny i równie różowy króliczy ogonek. Miał też ogromne brązowe oczy, trzy razy przekraczające rozmiar psich oczu, jaki dopuściłby sędzia Milano. Przez te oczy zdawała się wyzierać nieskończenie smutna psia dusza. Stworzenie było tak rozkoszne i tak bezbronne, że miałam ochotę je kopnąć.
I o to pewnie chodziło. Choć i to kwalifikowało się jako naruszenie prawa — żadnych genomodyfikacji, które wywołują cierpienie.
— Słyszałam, że David się wyprowadził — rzuciła Stephanie, przykucnąwszy, żeby nakarmić anyżowym ciasteczkiem roztrzęsione różowe futerko. Tak od niechcenia — ot, dziewczyna i jej pies; mój mały, nielegalnie genomodyfikowany ulubieniec, lubię sobie czasem poigrać z ogniem, wiesz, jak jest. Zastanawiałam się, czy Stephanie wie, że „katous” znaczy po arabsku „kot”. Jasne, że wie.
— Rzeczywiście, wyprowadził się — przyznałam. — Doszliśmy już do rozwidlenia dróg.
— A kto następny znajdzie się po drodze?
— Nikt. — Pociągnęłam łyk ze swojej szklanki, nie proponując drinka Stephanie. — Pomyślałam sobie, że dobrze byłoby przez chwilę pomieszkać samej.
