
— Tak? — Dotknęła akwamarynowego kwiatka, który owinął swą miękką trąbkę wokół jej palca. — Quel dommage. A co z tym niemieckim softwerowcem, z którym przegadałaś tyle czasu na przyjęciu u Paula?
— A co z twoim psem? — odparowałam złośliwie. — Czy nie jest zbyt mało legalny jak na policyjnego psa?
— Ale za to jaki słodki. Katous, przywitaj się z Dianą.
— Witam — powiedział Katous.
Powoli odjęłam szklankę od ust.
Psy nie potrafią mówić. Nie mają odpowiedniego aparatu mowy. Nie mają wystarczająco wysokiego IQ, a wreszcie nie ma też odpowiedniego paragrafu, który by im na to zezwalał. A jednak głuche „witam” było doskonale rozpoznawalne. Katous umiał mówić.
Stephanie oparła się o framugę drzwi, ciesząc się wrażeniem, jakie wywołała jej bomba. Dałabym wszystko, żeby móc to zignorować i jak gdyby nigdy nic wieść dalej neutralną i niezaangażowaną konwersację. Ale nie byłam w stanie.
— Katous — zwróciłam się do psa — ile masz lat?
Lecz on tylko gapił się na mnie tymi swoimi ogromnymi, smutnymi ślepiami.
— Gdzie mieszkasz, Katous?
Cisza.
— Jesteś genomodyfikowany?
Cisza.
— Czy Katous to pies?
Czyżby w tych brązowych ślepiach błysnął cień smutnego zastanowienia?
— Katous, czy jesteś szczęśliwy?
— Całe jego słownictwo to zaledwie dwadzieścia dwa wyrazy — odezwała się Stephanie. — Ale rozumie znacznie więcej.
— Katous, chcesz ciastko? Ciastko, Katous?
Pomachał swoim idiotycznym ogonkiem i podskoczył w miejscu. Nie miał pazurów.
— Ciastko, proszę!
Wyciągnęłam przed siebie ciastko, wyprodukowane na licencji firmy Proustowskie Magdalenki, które smakowało cudownie — było kruche, pachnące anyżkiem i na prawdziwym maśle. Katous wziął je ode mnie różowymi bezzębnymi dziąsłami.
— Dziękuję pani!
