
Stina także była zadowolona i obiecała przyjść zawsze wtedy, kiedy tylko młody panicz zapragnie.
Z zachwytem wpatrywał się w jej pospolitą twarz o grubych rysach. Jego uniesienie wynikało przede wszystkim z własnej dumy, że mu się powiodło. Był teraz prawdziwym mężczyzną. Zwycięsko przeszedł próbę.
Tak, rzecz jasna, przywoła ją jeszcze kiedyś znów, gdy nadarzy się okazja i nikt ich nie będzie widział. Choć oczywiście nie była jego ideałem. Świat stanął teraz przed nim otworem, wszystkie kobiety, gdyby zechciał, należałyby do niego. Ogarnęła go tak wielka śmiałość, że w radosnym oszołomieniu przygarnął ją do siebie i uścisnął dziko, niepohamowanie.
Stina, która sądziła, że chłopak jest w niej do szaleństwa zakochany, roześmiała się z wyższością doświadczonej kobiety. Biedaczek, wpadł po same uszy! pomyślała.
Bo też przyjemnie było popatrzeć na młodego pana Solvego, na ciemnobrązowe, niemal czarne oczy i gęste rzęsy, jakie ona sama chciałaby mieć, na grzywę brunatnych loków opadających na czoło, na zmysłowe usta. Było w tym chłopcu coś wyzywającego, bezwzględnego. Choć teraz jeszcze po dziecinnemu niezgrabny, gdy dorośnie, może stać się bardzo, bardzo niebezpieczny! Nie wiadomo, co wykluje się z tego żółtodzioba. Miał w oczach szatańską wprost żądzę przygód, choć może na razie tylko ona ją dostrzegła. Teraz, gdy tak był oszołomiony zwycięstwem, widać to było wyraźnie.
Co za szaleniec, zerwał się z łóżka i skakał do góry, jakby zamierzał wybić dziury w podłodze. Nie wyglądał szczególnie poważnie, zwłaszcza że nie miał na sobie spodni! Stina także nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Znów rzucił się ku niej, ściskał i całował jak opętany, ale jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, że to właśnie ona jest przy nim. W tym tańcu mogłaby uczestniczyć jakakolwiek dziewczyna. Każda inna na miejscu Stiny poczułaby się urażona, ale ona nie należała do tych, co bardzo się przejmują!
