
Obrzydzenie dosłownie buchało z jamy, więc „bracia” znowu odskoczyli.
Ziemia się zamknęła, rozpadlina zniknęła. Mnisi, którzy jednak nigdy nie byli zakonnikami, lecz katami, traktującymi siebie w swojej pysze jak świątobliwych braci, odetchnęli z ulgą.
„No to dostaniemy pomoc – westchnął jeden z nich zadowolony. – Ciekawe tylko, kto to będzie?”
„Nie pytaj – odparł inny. – Nie chcemy tego wiedzieć”.
„Ale to my jesteśmy panującymi!” – wrzasnął któryś, a reszta odparła:
„Tak, tak, to my wydajemy polecenia i rządzimy, ktokolwiek by tu do nas przyszedł!”
Ostatnie promienie dnia zgasły nad wzniesieniami Galicii, gdzie nie było żadnych ludzkich siedzib, tylko sinawe wzgórza, jak okiem sięgnąć.
Teraz wszystko wydawało się czarne. Noc otuliła cienie potępionych i ukryła ich na dobre.

Dawno zapomniana świętość tkwiła nieruchomo w oczekiwaniu. Las zdołał ją skryć już przed wieloma stuleciami, zioła i trawy porosły zielonym kobiercem.
Żadna prowadząca do niej droga już nie istniała. Nigdzie nie widać też było śladów, świadczących o tym, że kiedyś wokół świętej budowli znajdowały się ludzkie siedziby. Wszystko zostało zrównane z ziemią, ukryte. Któż chciałby się tu przedzierać przez nieprzebyte pustkowia?
Mimo wszystko jednak miejsce to kryło w sobie rozwiązanie tajemnicy, mimo wszystko mogło zapewnić spokój ducha i zamożność wielu ludziom, innym zaś przynieść ocalenie.
Cóż z tego jednak skoro w zapomnienie odeszła nawet sama tajemnica?
A może nie? Czyż może przez liście bluszczu, który wijąc się omotał świętość i pragnął ją zadusić, nie przenika drżenie? Czy może nie brzmi dalekie echo kościelnych dzwonów, ledwo dosłyszalne, ale jednak? Czy nie powtarza: „Chodź, chodź tutaj! Jesteśmy tutaj. Czekamy”?
