
Ze zmęczenia oddech Villemo zrobił się świszczący. Pełzała na czworakach pomiędzy wielkimi kamieniami i przez plątaninę krzewów, a gdy tylko mogła, zrywała się i biegła jak szalona, potykała się, padała, wstawała i znowu biegła.
Nagle pojaśniało. Przed nią, nawet niezbyt daleko, leżało Grastensholm.
Zebrała się na odwagę i pospiesznie spojrzała za siebie, na łąkę, tam gdzie jej prześladowca powinien był wyjechać z lasu, ale nikogo nie dostrzegła.
Zmęczona, podrapana i zakrwawiona, z włosami w nieładzie, pełnymi igliwia i połamanych gałązek, powlokła się do Grastensholm. Przystanęła w hallu, by odetchnąć i doprowadzić się jakoś do porządku.
Nikt, zdaje się, nie widział, jak wchodziła, co mimo przerażenia sprawiło jej jednak przykrość, bo równie dramatycznego entree nigdy jeszcze nie miała.
Wkrótce z dużego salonu doszły ją wzburzone głosy. Najwyraźniej nikt nie miał czasu dla obcych, domownicy zajęci byli własnymi zmartwieniami.
Stała, nie wiedząc, co począć, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie, z salonu wypadła zalana łzami Irmelin i nie zwracając uwagi na Villemo, wbiegła po schodach na górę.
To bardzo niezwykła sytuacja, by w Grastensholm ktoś mówił podniesionym głosem. Mattias i Hilda byli bardzo spokojnymi ludźmi. Villemo ostrożnie wsunęła się do salonu, w którym teraz panowała kompletna cisza.
Zobaczyła Niklasa. Twarz mu płonęła, zaciskał wargi z wyrazem dziwnego uporu.
Gdy weszła, powitało ją milczenie.
– Proszę mi wybaczyć, jeśli przychodzę nie w porę…
W pokoju byli też Mattias i Hilda, oboje próbowali się opanować.
– Villemo, kochanie, jak ty wyglądasz? – zawołał Mattias na jej widok. – Przydarzyło ci się coś złego?
Villemo uznała, że to nie jest odpowiednia pora na zajmowanie się sobą. Wyglądało na to, że oni mają większe problemy.
– Nie, nic takiego. Po prostu potknęłam się na zboczu i wpadłam w zarośla. Ale dlaczego wszyscy jesteście tacy zdenerwowani? Stało się coś?
