
— Do diabła, chłopie — mówił Billy. — Mówię ci, czytałem o tym w zeszłym tygodniu. Biały dach może być. Czerwony, nigdy.
— Pomyliłeś to z czymś innym — upierał się Tkacz. — Co o tym sądzisz, Tom?
Tom nie miał nic do powiedzenia w tej sprawie, wzruszył więc tylko ramionami. W tym momencie na rynku pojawił się zaaferowany burmistrz. Pocił się mocno, a rozpięta koszula odsłaniała jego duży brzuch.
— Złaź! — zawołał do Billa. — Właśnie sprawdziłem. To była Mała Czerwona Szkółka, a nie Mały Czerwony Kościółek. Billy wyglądał na rozzłoszczonego. Zawsze był nerwowy, jak wszyscy Malarze. Ale odkąd burmistrz zrobił go szefem policji, stał się po prostu nie do wytrzymania.
— Nie mamy żadnej małej szkółki — upierał się, schodząc po drabinie.
— No, to musimy zbudować — odparł burmistrz. — I pospieszyć się też musimy — dodał, spoglądając w niebo. Cały tłum mimo woli także podniósł wzrok. Ale nic jeszcze nie było widać.
— Gdzie są chłopcy Cieślów? — spytał burmistrz. — Sid, Sam, Marv, jest tu który?
Między ramionami ludzi pojawiła się głowa Sida Cieśli. Ciągle jeszcze chodził o kulach, odkąd w zeszłym miesiącu wybrał się na jaja trestli i spadł z drzewa. W łażeniu po drzewach żaden z Cieślów nie był zbyt dobry.
— Chłopaki są w Tawernie Eda Piwiarza — oświadczył.
— A gdzież mogliby być — odezwała się z tyłu Mary Przewoźnikowa.
— No dobra. Zawołaj ich — polecił burmistrz. — Muszą postawić małą szkółkę i to szybko. Tuż obok więzienia. A ty, Billy dodał oglądając się na Billy’ego Malarza, który zszedł już na ziemię — pomalujesz tę szkołę ładną, jasnoczerwoną farbą, w środku i na zewnątrz. To bardzo ważne.
— Kiedy dostanę odznakę szefa policji? — chciał się dowiedzieć Billy. — Czytałem, że szefowie policji zawsze dostawali odznaki.
— Zrób sobie jakąś — odparł burmistrz ocierając twarz połą koszuli. — Ależ gorąco. Nie rozumiem, czemu ten inspektor nie mógł przylecieć zimą… Tom! Tom Rybak! Mam dla ciebie ważne zadanie. Chodź, wytłumaczę ci, o co chodzi.
