
Wybiegła na dziedziniec. Powietrze było zimne, miało się chyba na przymrozek. Pierwsze jesienne chłody nadchodziły niepostrzeżenie, nocą, pozostawiając rankiem cieniutką, chrupką warstewkę lodu na kałużach i zwarzone szronem źdźbła traw.
– Hej! – zawołała i po raz nie wiadomo już który stwierdziła, że Niklas stał się bardzo przystojnym młodzieńcem. I jaki pociągający z tymi skośnymi, połyskującymi złotym blaskiem oczami! – Co się stało? Dlaczegoście się zerwali tak rano?
– W nocy złodzieje zakradli się do Grgstensholm – wyjaśnił Niklas.
– Wcale mnie to nie dziwi. Szukali jedzenia?
– Chyba tak – potwierdziła Irmelin. – Ale nie zdążyli niczego zabrać.
– Co za idioci! – prychnęła Villemo. – Wiedzą przecież, że twój ojciec dzieli wszystko sprawiedliwie pomiędzy komorników i biednych chłopów. Wiadomo, kto to był?
– Mówią, że ludzie ze Svanskogen.
– O, tak, można się było domyśleć! Cóż za wypaczoną dumę noszą oni w sobie! Odmawiają przyjmowania od nas pomocy, a kraść to mogą. Ale dlaczego przyszliście do mnie?
– Ojciec pojechał do chorego, a mama położyła się wczoraj tak późno, że nie chciałam jej niepokoić. Pomyślałam więc, że moglibyśmy załatwić to sami – wyjaśniła Irmelin.
– Co załatwić?
– Wiesz, nasi ludzie strzelali do złodziei i trafili. Uważam, że powinniśmy pójść po śladach krwi.
– Chyba tak. Poczekajcie, wezmę kilka rzeczy, które mogą się przydać. Masz coś do opatrywania ran, Irmelin?
